Przycisk w pilocie. Przełączam kanał, montuje sobie przekaz. Z reklamy proszku do prania, w której kobieta mówi "Czysta biel..." nagle przerywa jej premier, mówiąc "Polityka miłości...". Nie dokańcza jednak - gdyż kanał zostaje przełączony i ponętny głos kusi "Dzwoń 0700...", co w zbitce tworzy "Czysta biel, polityki miłości, dzwoń 0700...".
Klik. Wielozadaniowość, w Wordzie piszemy referat dotyczący cierpień młodego Wertera, w innym okienku ze słoneczkiem Gadu-Gadu fantazjujemy o seksie analnym z szesnastolatką poznaną na naszej klasie. Klik. "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi tej ziemi" donośny głos z przeszłości papieża odtworzony z youtube. Klik. Winamp. "And nothing like mammals, So do it like they do on the discovery channel".
Klik. Blondynka. Klik. Brunetka. Klik. Gruba. Klik. Chuda. Klik. Inteligentna. Klik. Głupia. Klik. Oralnie. Klik. Analnie. Klik. Przytulenie. Klik. Uderzenie. Klik. Orgazm. Klik. "Miliony rzeczy walczą o twoją uwagę" - napis reklamy Allegro, który ze względu na użycie liczby mnogiej, oznajmia, że rzeczą jest nie tylko czerwony toster ale też śliczna blondynka.
Klik. Kolacja przy świecach. Klik. Pizza na wynos. Klik. Pogaduchy przy piwie. Klik. Amfetamina. Klik. Kokaina. Klik. Ganja. Klik. Wódka. Klik. Kac.
Żyjemy w świecie złożonym z kliknięć, w których zdarzenia trwają chwile. Nic na dłużej. Pęd za doznaniami chwilowymi. Lecz, gdy przeminą, gdy się zatrzymasz w tym pędzie uświadomisz sobie, że to wszystko gdzieś uleciało, że było fajne, ale krótkotrwałe, że nie masz nic oprócz wspomnień owych chwilowych doznań. Wspomnień krótkich, niewyraźnych. Nic na stałe. A przecież oprócz chwilowych istnieją rzeczy wieczne, te nieśmiertelne, choć przyćmione przez te chwilowe.
Para staruszków w autobusie uśmiechających się do siebie. Ich pęd życia płynie wolno, nie gonią, nie spieszą się. Mają siebie.
Czym różni się kobieta mająca dużo mężczyzn, od mężczyzny mającego dużo kobiet? Według naszego patriarchalnego świata: "Kobietę nazwą kurwą, a mężczyźnie pogratulują". A według mnie - niczym. Łączy ich uwielbienie doznań chwilowych.
Miałem sen. Pokochałem kobietę. Uprawialiśmy kosmiczny seks, ale potem ona zachorowała (we śnie nie było dokładnie sprecyzowane - miała wbitą strzykawkę w udo) - chciałem ją przytulić, ale ona nie chciała bym ją widział w stanie choroby, przytulałem na siłę. W pewnym momencie jej stan się pogarszał - z powodu choroby zaczęła wymiotować, zwymiotowała na siebie, nie chciała bym na to patrzył, odsuwała mnie. Ja zacząłem wycierać jej ciało, uspokajając, wykąpałem ją, głaskałem, przytulałem, uspokajałem, opiekowałem się. Nie było w tym nic podniecającego w sensie seksualnym, a sprawiało dużo większą przyjemność... Obudziłem się i zdałem sobie sprawę, że przyjemność duchowa jest dużo silniejsza od przyjemności fizycznej, że czasem przytulenie jest dużo przyjemniejsze niż orgazm. Być może dlatego właśnie, że nie jest krótkotrwałe...
Co zostanie, gdy nadejdą zmarszczki, celulitis, gdy nasza powłoka cielesna przestanie być atrakcyjna, a wręcz stanie się ohydna? Gdy przestaniemy polegać na cielesności, która nota bene mogła przyćmić tę duchową, no bo np. zastanawiając się na wyborem sprzętu nie myślimy o rodzaju oprogramowania, tylko o tym jakie ma podzespoły:
Intel Core 2 Duo. Intel Core 2 Quad. 2 GB. 200 GB. 1 TB. 20 TB w macierzy. 128, 1, 2, 7 MBps! Nienasycenie... W kółko lepsze i lepsze, bardziej na wypasie. Ale co nam po tym bez odpowiedniego stabilnego (niczym Mac OS ;) software`u?
Fizyczna miłość (hardware) bez tej duchowej (software) jest chwilowa, krótkotrwała, ulotna a przez to nienasycona. W odwrotnym przypadku staje się dopełnieniem, negując ulotność zacznie prowadzić do czegoś większego, choćby do stworzenia nowego życia... Gdy mamy wgrany między sobą duchowy software, ten hardware staje się tylko narzędziem. I może przekształcić w coś wiecznego. [A przykład Playstation 2 która to hardware ma słabiutki, a wciąż jest w sprzedaży i wychodzą na nią piękne graficznie gry, uzmysławia moc softwaru, który ulepsza hardware pomimo przestarzałości sprzętu i jego prędkości.]
Pomimo ulotności chwil, którym ulegamy ze względu na świat w jakim żyjemy, który nam mówi, że tylko doznania chwilowe są ważne, trzeba umieć się temu oprzeć i wśród tych ulotnych doznań znaleźć tą jedną najważniejszą rzecz, tą wieczną chwilę, która będzie trwać i trwać i nie będzie się chciało następnej, gdzie będzie można krzyknąć: "Chwilo trwaj!".
Faust odnalazł, dzięki temu został zbawiony. Czego Wam i sobie życzę. Elo.
19 października 2009
RZECZYWISTOŚĆ DOZNAŃ CHWILOWYCH
Autor:
NemezisEgo
3
komentarze
8 października 2009
Elan vitae
Setki kilometrów za mną, setki uśmiechów szczerych/nieszczerych, historii ludzkich wyssanych z palca/prawdziwych, wir zdarzeń, podniet, emocji, biel i szorstkość wykrochmalonych hotelowych pościeli, gwar ulicy w wielkich miastach.
Przystanek: Łódź
Przystanek: Kraków
Przystanek: Katowice
Przystanek: Wrocław
Przystanek: Białystok
Przystanek: Stolica
Przystanek: Dom (?)
Wir twórczego myślenia, ustaleń, bankietów, wpisów do indexu, kosztorysów, klocków montazowych, nieistniejących scenariuszy. Stukot kół pędzącego pociągu, szelest banknotów, biletów. Szept flirtu kobiecych spojrzeń. Dotyk... Ciepło klawiatury laptopa. Ogłos kroków kobiecych stóp. Wrzaski o miłość - nieme. Westchnienia o szczęście - szczere, lecz ciche, stłumione świstem nadjeżdżającego metra.
Stacja: Gran Via
Stacja: Ratusz
Stacja: Pole Mokotowskie
Setki domysłów, mniemań, teorii mieszających się ze sobą, podnieca. Niezauważenie znajomego na ulicy podczas zawieszenia w myślach.
Smak piwa z sokiem w knajpie w stolicy na Puławskiej.
Stopklatka. Regeneracja.
Na czas pisania tego postu.
Bo trzeba pędzić dalej.
Chwilo nie trwaj, przemijaj, ustępuj następnej.
Elan vitae.
Autor:
NemezisEgo
1 komentarze
25 września 2009
Pustynia
Pustynia, można by rzec biblijny leitmotiv. Występuje w niej kilka razy, zarówno w Starym jak i Nowym Testamencie.
Ma też swój symboliczny charakter, pojawia się bowiem w życiu każdego człowieka. Pustynia, która nas dopada w życiu to stan ogołocenia, zabrania łaski przez Boga, to moment, w którym nie czujemy Jego obecności, w którym jesteśmy zdani na samych siebie, w którym nasilają się pokusy (podobnie jak w Nowym Testamencie - Chrystus kuszony na pustyni). To okres smutku, łez, poczucia bezradności.
To również moment wezwania do pełnego zawierzenia lub odwrócenia. To moment określenia samych siebie.
Do tej pory mogliśmy wierzyć w Boga, ale nie całkowicie, nie oddawać się w pełni, lub nie wierzyć i przyjmować zasadę praktycznego ateizmu, który nie oznaczał bluźnierstwa wobec Boga, tylko negacje. W jednym i drugim przypadku byliśmy letni...
"Bądźcie zimni, albo gorący - letnich wypluje z ust mych"
Po to jest pustynia, byśmy się określili. Gdy przejdziemy przez naszą pustynie nie będziemy letni, wybierzemy jedną z dwóch dróg: pełna wiara, lub bluźnierstwo, ale nie letniość.
Wybierzemy:
A. Bycie zdanych na siebie, swoje ciało, działanie, bycie Bogiem, stwierdzenie "raz się żyje". Od tej pory zaczniemy karmić na maksa swoje Ego mówiąc że to my rządzimy światem, zaczynając śmiać się z osób wierzących, negując, wyśmiewając wiarę, stwierdzając że jesteśmy lepsi, bo nie tkwimy w iluzji (bluźnierstwo)
B. Zdanie na los od Boga, przestrzeganie całkowite Jego przykazań, uświadomienie sobie naszej marności, chęć działania na drodze do świętości. Nic bez Ciebie, wszystko bez nas (wiara).
Nie muszę chyba pisać, że jedna z tych dróg prowadzi do potępienia, druga do zbawienia. Pustynia natomiast to okres życia, w którym wybierzemy jedną z tych dróg - miłość do samych siebie, lub miłość do Boga i innych.
Pustynia to także moment sprawdzenia wiary dla tych którzy ją mieli.
Najwyraźniejszym przykładem pustyni w popkulturze, by nieco przybliżyć sprawę w kontekście współczesnym jest film pt. CUBE. Bohaterowie filmu nie wierzyli, że moment, w którym są jest przejściowy, że ktoś nad nimi czuwa, że trzeba wierzyć... Zaczęli polegać na sobie, panikować, że to już koniec, stracili wiarę, przestali współdziałać - co doprowadziło do tragedii między nimi. Jedynie osoba upośledzona, która nie karmiła swojego Ego, nie chciała być najlepsza - w finale filmu opuszcza sześcian, symbolicznie wychodząc w biel...
Czasem zatem pewne sprawy trzeba przeczekać. I nigdy nie tracić wiary. Wiem coś o tym.
Życzę wszystkim wytrwania na ich pustyni - wiary, miłości, nadziei. Dla wielu dziś to niestety puste słowa. Więc czasem trzeba przypomnieć, że przecież "Na początku było Słowo".
Pozdro.
Autor:
NemezisEgo
2
komentarze
7 sierpnia 2009
Rozkminka teologiczna - DUSZA
Od dłuższego czasu powtarzam mojemu przyjacielowi, który ma problemy z nadwagą, że nie liczy się 130 kg, tylko 21 gram... To tyle właśnie traci ze swojej wagi człowiek w momencie śmierci.
Racjonalizm panujący na świecie zaprzecza istnieniu duszy. Spróbuję zatem zjawisko duszy wyjaśnić racjonalnie... Istota żywa jak wiemy jest źródłem energii (i to dosłownie: energii elektrycznej!), ten motyw wykorzystano w filmie "Matrix", że ludzie byli bateriami dla maszyn (nie mówiąc o filmach "Ghost in the shell" czy "Ghost in the shell 2" - maszyna coś stworzone przez człowieka nigdy duszy mieć nie będzie). W momencie śmierci ciało człowieka przestaje mieć ową energię... gdzie zatem ona zostaje ulokowana? Przecież nic w przyrodzie nie ginie.
Wg hinduizmu i buddyzmu (w przypadku buddyzmu trochę bardziej skomplikowanie, ale z grubsza tak właśnie) odradza się w innej istocie żywej - reinkarnacja. Według chrześcijaństwa idzie do nieba, piekła lub czyśćca. I paradoksalnie wierzenia o duszach w tych religiach nie są tak różne od siebie! Mam możliwe, że heretycką teorię na ten temat, którą stworzyłem gdy przeczytałem o czymś, co w buddyzmie nazywa się POWA (Poła). Istnieją mistrzowie buddyjscy, do których można się zwrócić o to, by przenieśli świadomość zmarłej osoby do duchowej Czystej Krainy!
Według buddyzmu świadomość (czyli dusza) zmarłej osoby po śmierci istnieje w stanie zawieszenia, nie mogąc przejść do następnego wcielenia (rym przypadkowy ;) Jak piszą w jednym z serwisów buddyjskich "Kiedy nasi zmarli krewni lub przyjaciele nie są w stanie spokoju, wtedy osoby żyjące często mogą doświadczać objawów cierpienia, które trudno wytłumaczyć za pomocą zwykłych/światowych rozwiązań."
Czy zatem praktyka POWA, nam Chrześcijanom czegoś nie przypomina? Dla tych, co jeszcze się nie skapnęli, mały cytacik: "Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci, niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen".
Innymi słowy modlitwa za dusze czyśćcowe! Przecież w chrześcijaństwie modlimy się za zmarłych. Tak jak w budduźmie POWA, czyli przeniesienie świadomości zmarłych do Czystej Krainy, tak my za sprawą modlitwy z Czyścca do Nieba! (Ogień czyśćcowy oczyszcza więc świętych przed spotkaniem Ognia, który pochłania - Boga (Hebr. 12,29).
Są nawet msze gregoriańskie za dusze zmarłych (przez 30 dni - koszt 1000 zł) lub msze wieczyste (codziennie całe życie tego co odprawia mszę i koszt tylko 30 zł). A więc pojawiły się koszty i wszyscy mówią - no tak - chrześcijaństwo ech... kasa kasa.... kościół blee! Ale ale uwaga - praktyka POWA w buddyzmie też jest płatna http://www.mahajana.info/powaservis.htm
Zaprawdę powiadam Wam warto modlić się za zmarłych jak ja to czynię za moich dziadków i ostatnio zmarłą babcię od strony taty (oraz za zmarłych znajomych), bo albo są w stanie zawieszenia do następnego wcielenia (buddyzm), albo w czyśćcu! (a wielce prawdopodobne, że to jest jedno i to samo...)
Ale miało być o duszy, więc wybaczcie dygresję odnośnie modlitwy. Skoro już przywołałem niedawno zmarłą babcię poświęcę jej chwilę uwagi, tym bardziej, że blog ów zaczynał się od misji jaką powziąłem pogodzenia jej z moim tatą. Niestety nie zdążyłem. Mimo ich skłócenia mój tata (ateista) doznał swego rodzaju metafizycznego uczucia. Otóż w nocy jej śmierci nie mógł spać! Cóż, możnaby to wziąć za przypadek gdyby nie fakt że tydzień wcześniej przed jej drugim udarem również nie mógł spać! (pierwszy udar miała przy nim...) Nie mógł spać dwie noce! Raz gdy dostała udaru (rano telefon ze szpitala), drugim razem gdy odchodziła z tego świata (analogicznie rano telefon ze szpitala). Jak to wyjaśnić? Tata tłumaczy to więzią emocjonalną między matką a synem, a ja kolejnym dowodem na istnienie duszy! No bo czym jest więź emocjonalna między matką a synem? Czym jest odziedziczone DNA? Przecież dokładnie tego nie wiemy (a propos DNA mam kolejną lekko heretycką teorię, mianowicie w modlitwie "Wierzę w Boga" jest zdanie "Wierzę w Świętych Obcowanie, Ciała zmartwychwstanie". I wszyscy pukają się w czoło - jakie ciała zmartwychwstanie? Toż to niemożliwe! Cóż chyba jednak możliwe, bo w obliczu nowych naukowych informacji wiemy przecież, że można sklonować człowieka. Czy Bóg zatem nie może z DNA sklonować zmarłego? Ciała zmartwychwstanie jest czymś możliwym naukowo! Może DNA to klucz do zrozumienia duszy, bo może miłość jaką czujemy do wybranki/wybranka jest tym co podpowiada nam podświadomość że dane DNA powinny się złączyć by powstało nowe DNA... dobra bo to już korba lekka, spokój! Uff!).
Więzi jakie czujemy między osobami emocjonalnie z nami związanymi są dowodem na komunikację pozamaterialną! Komunikację dusz (ja ostatnio czułem wczoraj i dziś takie połączenie, niestety nie wiem czemu związane z bólem, ale pozdrawiam...)
Czemu mój ojciec nie spał? Babci dusza odchodziła z tego świata. Raz nie odeszła całkowicie - udar, drugi raz zmarła... (Ubolewam tylko, że pogrzeb miała świecki, ale zamówię za nią mszę wieczystą...)
Wróćmy do reinkarnacji i chrześcijaństwa. POWA i modlitwa za zmarłych bez wątpienia jest czymś co łączy obydwie religie (brak Boga w buddyzmie jest czymś co dzieli), ale można pokusić się o jeszcze inne połączenie związane z owym ciała zmartwychwstaniem w Chrześcijaństwie. To już jest bardziej heretyckie, ale tylko sobie teoretyzyję przecież, więc mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone. Otóż skoro jest owa wiara, że na Sądzie Ostatecznym będzie ciała zmartwychwstanie to może zmartwychwstaną różne ciała, w których zamieszkiwała jedna dusza!!! I w ten oto sposób można połączyć to z reinkarnacją, oraz wiarą w różne karmy człowieka, bo może piekło, niebo są na ziemi! Może odradzamy się po śmierci w innych ciałach i mamy takie życie jakie zasłużyliśmy poprzednim! A przecież według Chrześcijaństwa istnieje coś takiego jak grzechy pokoleniowe, czyli że odpokutowujemy grzechy naszych przodków! Innymi słowy jedna dusza przez cały czas w różnych ciałach. Dobra pojechałem ostro w tej teorii. Nie wkręcam się jednak w nią, bo Kościół działa pod wpływem Ducha Świętego zesłanego na Apostołów, więc trzeba zostać przy tej obowiązującej, że dusze przechodzą do nieba, lub piekła, lub są w stanie zawieszenia, czyli czyśccu, ale nie rozkminiać zbytnio czym owo niebo, piekło lub czyściec jest. Dowiemy się kiedyś :)
I jeszcze kwestia zwierząt. Bez wątpienia też mają dusze, jednak nie zerwali owocu z Drzewa Poznania Dobra i Zła jak Adam i Ewa, ich dusze trafiają niezależnie od czynów (choć podobno zwierzęta mają przypisanych aniołów! - serio! Przeczytałem to w magazynie "Któż jak Bóg" :). My natomiast jesteśmy istotami rozumnymi, to dusza włada ciałem naszym, a nie odwrotnie, więc to dusza będzie rozliczana za czyny w nim popełnione. Zarówno w Chrześcijańskiej religii jak i buddyzmie (tam "oświecenie" można osiągnąć poprzez dobre uczynki! - kolejna zbierzność w religiach).
Reasumując: dusza istnieje. W każdej religii (choć buddyzm oficjalnie wypiera się nazywania tego duszą nazywa "świadomością zmarłych") co potwierdza fakt, który ostatnio zrozumiałem, że to nie my tworzymy religie, tylko religie są obrazem Jednego Boga, przez ograniczoność umysłu ludzkiego różnie przez nas interpretowanego.
Dobrych dusz wokół. Pozdro.
Autor:
NemezisEgo
3
komentarze
3 sierpnia 2009
Rozkminka teologiczna - NAWRÓCENIE
Wiara jest łaską. Nie jest czymś co MY zdobywamy, jest czymś co Bóg daje nam w prezencie, czymś czym On nas obdarza, nie MY! Oczywiście nasza jest też w tym rola by obdarzył, bo nie daje tego prezentu ot tak sobie, są pewne warunki...
Spotkałem niedawno w Katowicach chłopaka, do którego poszedłem skorzystać z internetu. Obok laptopa leżało Pismo Święte. Spytałem: "Czytasz?". On na to: "Tak. To nowe wydanie, z uwspółcześnionym tłumaczeniem, dorwałem niedawno". Mówię super, też muszę sobie zapodać, kończę rozmowę i siadam sprawdzać pocztę.
Patrzę na łóżko a tam Żywoty Świętych... No to mówię spoko myśląc, że trafił swój na swego i opowiadam że też ostatnio się nawróciłem... A on z wypiekami na twarzy: "Serio? Kurcze, a jak to się stało, bo ja próbuje i nie mogę..." - powiedział smutny.
Okazało się, że poznał kobietę swojego życia, która mu powiedziała, że nie może być z nim bo jest niewierzący, od tego momentu usilnie próbuje się nawrócić - stąd te wszystkie książki religijne - jednak biedak nie jest w stanie.
- Spowiedź i modlitwa - odpowiadam (zdziwiony sam sobą, bo gdyby mi ktoś powiedział to kilka miesięcy temu sam bym osobę tę wyśmiał, szczególnie jeśli chodzi o spowiedź...)
- No ona też mi o tym mówi, ale jakoś nie mogę się przełamać. - mówi próbujący się nawrócić ziomek.
Ów chłopaczyna jest potwierdzeniem faktu, iż to Bóg obdarza nas łaską nawrócenia [każdego dnia dziękuję Mu za to]. Możemy przeczytać milion książek religijnych, a jej nie otrzymać. Bo by otrzymać łaskę nawrócenia trzeba spełnić trzy warunki, które łączą się ze sobą:
- otworzyć się na bezinteresowną miłość do innych istot (choćby do jednej :)
- przyznać przed samym sobą, że jesteśmy grzeszni (uznać grzechy, o których mówi Pismo a nie tłumaczyć sobie co jest grzechem a co nie jak ja niegdyś stosując relatywizm moralny)
- i wreszcie odrzucić miłość do samego siebie (to jest we wszystkich religiach, nawet w buddyzmie - owo niszczenie własnego Ego, czyli uświadomienie przed samym sobą, że jest się pyłem marnym, marnością nad marnościami, a nie super hiper wspaniałym. Jak w historii Gedeona, o której już pisałem uznać, że sami licząc na własne możliwości nic nie zdziałamy, że jesteśmy tylko narzędziami w rękach Boga, że to wszystko nie MY, że to wszystko ON, jak pisze ks. Dajczer:"Odwrócenie się od zła oznacza nie tylko odwrócenie się od samych grzechów, ale również od ich źródła, jakim jest nieuporządkowana miłość własna" lub "Smutek jest szczególnym przejawem miłości własnej, podcinającym same korzenie wiary, korzenie zawierzenia". [ale jak to uczynić? No np. w przypadku pięknych kobiet - nie mówcie sobie: jesteśmy piękne, tylko mówcie - Boże stworzyłeś nas pięknymi byśmy wykorzystały to na Twoją Chwałę / w przypadku poetów nie mówcie sobie - Piszę zajebiste wierszę, mówcie Boże obdarzasz mnie natchnieniem (Duchem Św.) byśmy pisali zajebiste wiersze na Twoją Chwałę :)]
Chłopak z Katowic spełnił na razie jeden warunek, mianowicie otworzył się na miłość do innej istoty ludzkiej, prawdopodobnie jednak nie jest w stanie wyzbyć się miłości do samego siebie. Kocha tę dziewczynę, ale kocha również samego siebie, gdyby miał wybierać między swoim a jej życiem, wybrałby swoje, miłość do samego siebie sprawia też, że nie jest w stanie pokochać Boga.
Zbyt rozbuchane ego sprawia, że nie jesteśmy w stanie otworzyć się na wiarę, bo to przecież My kierujemy tą planetą, to My przepowiadamy pogodę (ile razy TVN24 mnie wkurwiło i zmokłem ech...) to My wiemy najlepiej jaka jest prawda istnienia, świata, że przecież to My zdobyliśmy kosmos, że to My jesteśmy Bogiem, a nie że to Bóg jest w nas i nas prowadzi.
A skoro to my jesteśmy Bogiem, to przecież My wiemy co jest dobre a co złe. Miłość własna zasłania spełnienie kolejnego warunku, a mianowicie przyznania się do grzechów. Grzechy traktujemy jako "takie nic", no bo przecież ruchając wzrokiem na ulicy niewiastę nie zabiliśmy jej... Nie zabiliśmy, ale potraktowaliśmy w wyobraźni jako lalkę dmuchaną. "Kto pożądliwie spojrzał na kobietę juz dopuścił się z nia cudzołóstwa.." - mówi Chrystus. Chodzi o to, że patrzenie na kobiety w ten sposób, jak ja rówznież niegdyś czyniłem, prowadzi do tego, że nie traktujemy ich jako istot w wymiarze społecznym i duchowym, tylko jako przedmioty. Odwrotnie też to działa. Generalnie traktowanie innych istot jako przedmioty zaprzecza pierwszemu warunkowi, czyli otworzeniu się na miłość. Ruchając się dla sportu, kasy i własnej przyjemności nigdy nie pokochamy...
Bo kochać oznacza dawać dobro drugiemu, a nie sobie samemu. O kwestii przyznania do grzechu mówię na powyższym przykładzie, bo właśnie w moim przypadku pożądanie i żądza nie dawały mi w pełni się nawrócić. Ale Bóg dał mi tę łaskę i po prostu wszelkie pożądliwe myślenie zniknęło (choć czasem wraca, ale nie w takim stopniu jak niegdyś). A myślałem że to kwestia zbyt dużego testosteronu. A to nieprawda! Teraz pożądliwe myślenie może wrócić ale tylko do istoty, z którą będzie mi dane się zestarzeć, wróci po to by dać jej rozkosz, a nie sobie, wróci po to by dać nowe życie, a tym samym poprzez seks wielbić Pana. Będę się starał by tak było...
Bóg dał mi łaskę i wyzwolił z testosteronu dopiero jak spełniłem trzy warunki. Przyznałem, że jestem grzeszny [spowiedź], pokochałem bezinteresownie inną istotę ludzką (choć było ciężko, uznać że to bezinteresowne), oraz zniszczyłem swoje ego, zwracając się o pomoc do Istoty Wyższej [modlitwa].
W tej chwili czuję niesamowite szczęście. Jak śpiewa Ras Luta (http://www.youtube.com/watch?v=QNlTlRYYEaM) "każdy krok, który robię wiem że widzisz / Jah Jah czuję Twoją dłoń na mej głowie" :) Polecam każdemu ten stan.
Na koniec warto przyjrzeć się etymologii słowa "nawrócenie", które oznacza powrót. Jako dzieci przyjmujemy chrzest. Potem wierzymy dziecinnie w aniołki w łóżeczku, Świętego Mikołaja, Calineczkę itd. Sprawia to, że gdy dorastamy wydaje nam się, że powinniśmy wyzbyć się dzieciństwa, że to co nam mówili jak byliśmy dziećmi było bajką.
Kiedyś tak myślałem i byłem u swojego psychologa i mówię mu że "tak jak z bajek tak wyrastamy z wiary", a pani psycholog mówi: "Oj, tego nie byłabym taka pewna, bo do wiary się często wraca". Nie mogłem pojąć wówczas, że usłyszałem to z ust psychologa... Osoby wykształconej, naukowca. Phi. Stwierdziłem, że chyba jest niekompetentna... Była bardzo kompetentna. Skubana miała rację, bo to nie od nas zależy powrót tylko od Boga właśnie. Calineczka nie istnieje, więc nie może sprawić, że wrócimy do wiary w jej istnienie, ale Bóg istnieje i sprawia, iż ów wspaniały powrót jest możliwy :)
Z owego myślenia, że z wiary się wyrasta korzystają złe moce, ugruntowując nas że wiara jest iluzją. Łatwo im to idzie, bo życie w wierze wymaga wyzbycia się pewnych doczesnych przyjemności, więc złe moce łatwo się do nas dobierają, gdy przestajemy być dziećmi. Ale czy tylko złe moce?
W Księdze Hioba, to Bóg wzywa do siebie szatana, z którym zawiera zakład. Szatan ma zesłać na Hioba moc nieszczęść, a Bóg twierdzi, że mimo to Hiob nie przestanie wierzyć. Szatan twierdzi, że będzie inaczej i stara się niezmiernie zniszczyć biedaka zsyłając klęskę za klęską. Mimo tylu nieszczęść jakie przeżywa Hiob, jego wiara nie ustaje. Szatan przegrywa zakład (choć niestety nie zawsze przegra muszę wam rzec, bo Bóg w swej miłości dał nam wolność - możliwość wyboru - wolną wolę, a jest powiedziane, że odrzucenie wiary mimo wielu wezwań do nawrócenia, które zsyła Bóg jest najcięższym grzechem prowadzącym do potępienia i niewybaczalnym)
W tej oto historii Hioba szatan jest na usługach Boga, podobnie jak w "Fauście" Goethego. W obu przypadkach szatan "jest istotą która wiecznie zła pragnąc wciąż czyni dobro..." Paradoks? Otóż nie. Jak pisze ks. Dajczer: "Bóg nie chce zła, ale może chcieć jego skutków, ponieważ skutki zła niosą łaskę, niosą wezwanie do nawrócenia".
Coś w tym jest, gdyż przecież dopóki się nie sparzymy nie będziemy wiedzieć, że coś jest gorące!
Ks. Dajczer pisze jeszcze, że grzechy człowieka są możliwością dania Bogu frajdy przez to że może je wybaczyć przez sakrament spowiedzi! Że trzeba grzeszyć by umożliwić Bogu okazanie miłości poprzez wybaczenie grzechu. Oczywiście grzeszyć do momentu kiedy zrozumiemy i przyznamy przed własnym ego, że jesteśmy grzeszni, gdy tylko to zrozumiemy Bóg nam przebaczy i da łaskę nawrócenia i nie będziemy chcieli trwać w grzechu. Bóg wybaczy zawsze. Bez względu na grzech, ale pod warunkiem, że się go szczerze żałuje i obieca postarać o zaprzestanie trwania w nim!
Zawsze wkurzały mnie osoby święte od zawsze. Wydawało mi się to nieautentyczne, a nienawidzę ściemniania, dlatego do tej pory nie lubię dewotów, którzy de facto udają wierzących a nie czują łaski nawrócenia. Blee. Bo nie wierzę, że istnieją ludzie bez grzechu, a jeśli to powinni zgrzeszyć, zepsuć się, by później zrozumieć błąd i móc trwać w Bogu. Wtedy i tylko wtedy nie będą chcieli więcej grzeszyć, bo gdy jest się w stanie łaski uświęcającej walka z pokusą jest na maksa lajtowa (choć czasem Bóg specjalnie zabiera łaskę wiary i wtedy znów hardcorowa, ale tylko po to by hartować ducha człowieka).
Reasumując po wyzbyciu się chęci trwania w grzechu zaczynamy trwać w łasce w której pragniemy się modlić, jednoczyć z Bogiem (jak w hinduizmie bhakti) i kochać wszystkich (oddawać duchowe orgazmy Bogu!)
Ale z nawróceniem jest jak z rzuceniem palenia, bo grzechy wciągają i uzależniają - nie jest łatwo otworzyć się na tę łaskę, dlatego gdy rozmawiałem z kolegą z Katowic oprócz spowiedzi powiedziałem o modlitwie. Porównanie z rzuceniem palenia jest też o tyle mam wrażenie trafne, że odrzucenie grzechu wiąże się ze sprawdzeniem swojej woli. Walką z samym sobą.
A zatem, zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, że warto się otworzyć na łaskę nawrócenia, warto sobie powiedzieć, że może Bóg nas zaskoczy, nawet negując Jego istnienie spróbować pomodlić się do Niego i poprosić o wiarę (zagryzając zęby, że przecież w to nie wierzymy). Warto to uczynić, by poczuć jedność z wszelkim istnieniem.
Obecnie miłość mnie wypełnia jak nigdy w życiu. Polecam każdemu. Alejalahtale. Pozdro.
Autor:
NemezisEgo
1 komentarze
1 sierpnia 2009
Piękno cierpienia
Ostatnio miałem ostry zabieg na gardle. Najpierw kłują... potem przecinają... a potem rozwierają przecięcie... Potem plujesz krwią i ropą.
Podczas tych akcji walczyłem z własną duszą o swoją wiarę niedawno otrzymaną od Pana. No bo ta medyczna rzeczywistość (kroplóweczka, strzykaweczka, skalpelek...) wokół sprawiała, że zacząłem myśleć, że może nie ma Boga, że może jednak jesteśmy zwierzętami o większym mózgu i wiara to wszystko ściema przez mózg nam zapodana... Czytałem w szpitalu książkę ks. Tadeusza Dajczera "Rozważania o wierze". I nic. Znów wątpliwości.
Następnego dnia znów rozwierają przecięcie w gardle. Jednak podczas tego zabiegu zacząłem wspomniać kadry z filmu "Pasja" Mela Gibsona. Starałem się by wiara wróciłe. Ofiarowałem cierpienie Panu. Ciarki przeszły mi po plecach, gdy Pani doktor poszerzała nacięcie w gardle, w głowie obraz biczowanego Chrystusa, ból targnął całym ciałem, krew chlusnęła wypluta do szpitalnej nerki. O dziwo ból stał się piękny... Zacząłem znów czuć ciarki łaski Bożej na plecach... Gdy nachodzą mnie wątpliwości i mówię modlitwę ich nie czuję, wtedy po zmówieniu "Ojcze nasz" znów poczułem ciarki. Wróciło? Nie do końca jeszcze, ale...
Gdy wróciłem do pokoju otworzyłem "Rozważania o wierze" na fragmencie analizy starotestamentowej opowieści o zmniejszeniu wojsk Gedeona przez Boga: Przeciwnik Gedeona ma 135 tys. wojska, a Gedeon 32 tys. - cztery razy mniej. Jednak w historii zdarzały się zwycięstwa przy takich dysproporcjach. Dla Pana Boga jest więc to dysproporcja za mała. Najpierw karze zmiejszyć do 10 tys. a potem do 300 osób! (taki film "300" kojarzycie?) 300 osób przeciwko 135 tys. wojsk! Czemu Bóg to robi? Po to by Gedeon zaufał mu. Chciał go sprawdzić. Gedeon zaufał i wygrał. Bóg jednak nie zrobił tego tylko po to. Zrobił to też po to aby Gedeon nie przypisał sobie tego zwycięstwa. Gdyby miał 32 tys. nawet 10 tys. mógłby sam chełpić się zwycięstwem nie oddając chwały Bogu. Gedeona Ego mogłoby przybrać wielkie rozmiary. W przypadku 300 osób wojska Gedeon wiedział, że to nie on zwyciężył, że zwyciężył Bóg.
Zacząłem rozumieć, czemu mimo mojej ostatnio głębokiej wiary Bóg zesłał na mnie cierpienie szpitalne. Ostatnio założyłem profil na nk, wpiszcie sobie Nemezis Ego. Gdy zacząłem docierać do niewiernych na tym portalu z fragmentami z Pisma, aby próbować zmieniać ich cielesne podejście do rzeczywistości zacząłem sobie przypisywać hipotetyczną ich zmianę. Czytałem też ostatnio żywoty świętych i zacząłem sobie myśleć - "jestem święty". Kurwa. Co za bzdura! Ze mnie taki święty jak kurwa z ul. Kościuszki. Złe podejście. Zamiast powiedzieć z pomocą Boga będę dążył do świętości zacząłem upajać swoje ego. Zacząłem sobie przypisywać sukcesy w namawianiu innych do wiary. Sukcesy w jej trwaniu. Bóg zabrał mi łaskę, poprzez cierpienie bym za bardzo nie polegał na sobie.
Po wyjściu ze szpitala czuję się jak nowo narodzony i to bynajmniej nie przez kroplówki. Czuję większą obecność Pana niż przed pójściem do szpitala. Gdy mówię modlitwę ciarki przechodzą przez całe ciało nie tylko przez plecy... Dziś dziękuję Mu za cierpienie jakie mi ofiarował. Czuję się przez nie silniejszy. I widzę, że cierpienie może stać się piękne jeśli ofiaruje się je Bogu. Bo chartuje ducha i daje siłę. A po cierpieniu może nastać już tylko radość, która nas wypełni :) Alejalahtale. Pozdro.
P. S. Od dziecka byłem w szpitalach i pewnie nie raz będę, jednak jestem na to gotów, bo jestem gotów na Wolę Boga. Uwierzcie w to niewierni, choć wiem że to ciężkie, ale prawda jest taka - albo autostrada do potępienia, albo wąska dróżka do zbawienia. Elo.
Autor:
NemezisEgo
0
komentarze
4 lipca 2009
OBE
OBE lub OOBE (ang. out of body experience, doświadczenie poza ciałem) - wrażenie postrzegania świata spoza własnego ciała fizycznego. Osoby będące w stanie OOBE twierdziły, że mogły się poruszać, dokonywać obserwacji i komunikować z innymi istotami inteligentnymi podczas gdy ich ciała spoczywały nieruchomo. Część osób doświadcza jednego lub kilku krótkich epizodów w ciągu życia bez żadnych wyraźnych przyczyn; inni zaś deklarują umiejętność wywoływania ich świadomie. [Wikipedia]
Cóż, trochę zaniedbałem tego bloga (bo jak mówiłem wcześniej - obecnie moje jawne Ego a nie NemezisEgo ma swoje 5 minut), dlatego nie pamiętam czy pisałem o tym wcześniej, ale nawet jeśli to chce to uczynić raz jeszcze, bo od końca kwietnia inaczej patrzę na rzeczywistość i jestem innym człowiekiem.
A zatem przedstawie to w innym świetle, nawet jeśli sprawę powielam.
Doświadczenie wyjścia z ciała podczas śnienia było przeżyciem niesamowitym, przerażającym i podniecającym jednocześnie. Doświadczyłem tego parę razy w swoim życiu, jeszce przed głębokim mym nawróceniem. Doświadczenia te przełożyłem nieco na fikcję, dopowiedziałem fabularnie w opowiadaniu BŁAZEN PRZEZNACZENIA, które możecie przeczytać w serwisie polskihorror.pl - http://polskihorror.pl/opow1.html
Dobra dość tego taniego lansu. O co biega, OCB, jak mawia przejarany (ale co tu dużo kryć utalentowany, choć ostatnio trochę nudny) łódzki raper - a więc - wyjście poza ciało, czyli tzw. projekcje astralne to stan, który może doświadczyć każdy z nas, gdy kładzie się do łóżeczka spać.
Polega to na tym, aby spróbować wybudzać się gdy się zasypia, czyli spróbować śnić świadomie (o technikach osiągnięcia tego stanu najlepiej przeczytać w książce "Podróże poza ciałem" lub ostatni rozdział książki "Panowanie nad snem"). Generalnie ja już nie chce tego, przyszło samo, zniknęło samo, więc sam, świadomie nie chce tego prowokować i nie chce próbować wychodzić poza ciało (nigdy całkowicie mi się nie udało, a są fora internetowe, gdzie piszą ludziska, że byli na księżycu, czy cofali się kilkaset lat do przeszłości, lub odwiedzali znajomych, myśląc o nich - by się tam teleportować - proponuje wpisać projekcje astralne, OBE, albo poza ciałem w google, aby trafić na takie forum), ja wolę już nie bo preferuję rzeczywistość, a każde wyjście poza ciało trochę wiąże się ze stanem jakby pół-śmierci, niedotlenienia mózgu... a obecnie jestem istotą w pełni afirmującą życie... ale dla doświadczenia warto spróbować, byle tylko się od tego nie uzależnić.... Od czego? - spytacie. Już mówię:
Leżysz na łóżku, masz świadomość ciała swego, ale nagle czujesz ból w klatce piersiowej, wiesz że zasypiasz, ale nie do końca, widzisz swój pokój, ale masz zamknięte oczy... Znaczy wiesz, że masz zamknięte oczy a mimo to widzisz swój pokój... i jakby widzisz, że oprócz bezwładnie leżącego ciała twego jest "drugie ciało", jakby ty, który możesz unieść się nad to leżące ciało... Masakra. Schizofrenia, powiecie? Cóż, Salvador Dali twierdził, że kontrolowane szaleństwo to geniusz, więc... luzik :) A zatem widzisz pokój ale inny pokój... Kurcze, kiedyś ogarnął mnie ten stan jak zasnąłem czytając książkę... i w stanie wyjścia z ciała widziałem tą książkę i przerzuciłem jako "drugie ciało" na następne strony - patrzę ilustracja - nie niemożliwe, w tej książce na bank nie ma ilustracji! Muszę się obudzić i sprawdzić realnie... Wybudzam się - wracam "drugim ciałem" (to chyba dusza po prostu) do ciała leżącego. Szok, bo wracają zmysły - węch, słuch, jest realnie inaczej, oczywiście książka na podłodze bo upuściłem zasypiając - przewracam kartki... jestem pewny - to sen był tu nie ma ilustracji, ale kurwa (!) jest... w całej książce jest wkładka z ilustracjami! Przyrzekam, nie widziałem ich wcześniej.... Dobra długa dygresja. OCB, raz jeszcze. A raczej OBE właśnie. Widzisz pokój i "drugie ciało" wychodzi z pierwszego. Toważyszy temu ból i niesamowity strach... Ale czytałeś w necie o tym, chcesz wyjść całkowicie. Czujesz, że opuściłeś ramiona, głowę, klatkę piersiową, drugie ciało śpi bezwładnie, a ty tym drugim jesteś nad nim, ale nie możesz wyjść całkowicie.
Nogi.
Nie możesz drugim ciałem wyjść z pierwszego. Wyszedłeś prawie całkowicie, ale jeszcze nogi cię trzymają. Przynajmniej mnie. Nie mogłem całkowicie. Może i dobrze...
Spoko czytacie to i myślicie jaki pojeb, ale poszperajcie w necie, ludzi podobno wychodzą całkowicie i np. uprawiają seks z innymi astralnymi ciałami.... Racjonaliści mówią, że to świadomy sen po prostu, to podświadomość to kreuje że niby się wychodzi z ciała. Ale to gówno prawda, najlepszym dowodem ta książka i ilustracja... Nie wiedziałem wcześniej, że jest ilustrowana! Serio! Więc jaka podświadomość? Dobra, dość podniecania, bo tak naprawdę wychodzenie z ciała może być niebezpieczne. U mnie wiązało się z poczuciem obecności kogoś jeszcze w pokoju... To było straszne. Często przerywałem ten stan i wracałem do ciała by sprawdzić czy ktoś jeszcze jest w pokoju. Po każdym powrocie, co niesamowite człowiek jest pełen energii. Nie tak jak nad ranem podczas pobudki ze snu, gdzie nic się nie chce ("jeszcze pięć minut..."), nic z tej błogości po śnie, po prostu budzisz się i wstajesz na równe nogi. Oczywiście nikogo w pokoju nie ma jak się wydawało (widocznie ciało astralne inne... przy mnie... brrrrr...)
Kurwa, czemu o tym piszę? Otóż kurwa temu, że rzeczywistość poza materialna istnieje!!! Dzięki temu doświadczeniu wiem, że nie jest tylko ten świat. Słuchajcie, na pewno nie raz słyszeliście, że podczas śmierci klinicznej widzi się siebie z góry - to jest kurwa właśnie to! Tylko, że bez śmierci klinicznej, ale niekoniecznie... bo to stan półśmierci i niedotlenienia mózgu, bo pamiętam, że "wychodzenie z ciała" głównie dopadało mnie w hotelu asystenckim w Katowicach, gdzie łóżko miałem obok kaloryfera gorącego na maksa! Okno zamknięte, itd. Ale to niebezpieczne, bo piszą w necie, że ktoś może zawładnąć ciałem jak wyjdziemy, ale że zawsze mamy nić łączącą nas z własnym ciałem, więc niby nie ma obawy, ale skoro to stan "półśmierci" to jeśli niedotlenimy mózgu na maksa - nić może zostać przerwana! Uważajcie.
Wiem, że pewnie w to nie wierzycie, ale gdybyście jednak zaczęli, uważajcie. Po pierwsze jeśli się wyjdzie całkowicie to ponoć nie ma odwrotu (tak pisze w książce "Podróże poza ciałem" autor), nie ma odwrotu i chce się co dzień wychodzić - stan ten uzależnia, po drugie wiąże się to ze złem, bo strach, niepokój, ból, obecność "czegoś" obok, czegoś strasznego... Generalnie rzeczywistość lepsza (real rulez :)
Mimo wszystko jestem wdzięczny, że tego doświadczyłem. Szczególnie po mojej duchowej przemianie.
Wiecie czemu?
W momentach zwątpienia w moją wiarę... w to że jednak nie jesteśmy tylko zwierzętami... zwątpienia, że modlitwy nie działają (ostatnio: poniedziałek - burza z gradem...) - przypominam sobie te niezwykłe doświadczenia. Przypominam sobie i wiem, że istnieje sfera poza materialną rzeczywistością... Przestrzeń, której nie widzimy, przestrzeń poza ciałem pełnym pragnień. Przestrzeń, gdzie są dusze zmarłych, inne projekcje astralne, inne byty.... anioły, demony, dusze.
Wolę jednak czuć się duszą w swoim ciele. Chcę być tym dualizmem, ale z przewagą duszy. Zrozumiałem, że o to tu w tym chodzi - to nie ciało włada duszą, tylko (kurcze serio serio) dusza musi panować nad ciałem. Dopóki nie staniemy się panami naszych ciał i nie będziemy w stanie ich kontrolować, będziemy błądzić. Uwolnienie może nastąpić tylko wtedy gdy ciało stanie się narzędziem dla duszy i będzie nam posłuszne... Odkąd tak myślę (będziecie śmiać, spoko, śmiejcie się, śmiech to zdrowie) - schudłem 10 kg... Odkąd dusza panuje nad ciałem nie potrzeba wychodzić z niego...
Obecnie nie potrzebuje być tylko duszą, bo wolę czuć się duszą ale ze świadomością ciała. To przyjemny dualizm... Przyjdzie czas na bycie tylko duszą. Ciało też ma swe powinności. Choćby biologiczne, bo może się połączyć z drugim i... wykreować nową duszę (o kurde... ostro - sory :)
Na wszystko przyjdzie czas, albo już przyszedł, a nawet kiedyś przyszedł, albo raczej przychodzi, bo do kurwy nędzy czas... to tylko rzeczownik.
Gorące pozdro. Yoł yoł yoł :) Buziaki. Elo.
Autor:
NemezisEgo
0
komentarze

