16 czerwca 2009

BAŚŃ O TANEI W WIEŻY ZAMKNIĘTEJ

...do czytania na głos komuś przez kogoś...


1.


Dawno dawno temu pewna piękna dziewczynka, nosząca imię Tanea, w wieku 12 lat została sierotą..

Smutek i żal był tak głęboki (warto nadmienić, że była ukochaną córeczką rodziców), że uciekła z rodzinnego domu, zostawiając pogrążonych w żałobie braci.

Dniami i nocami włóczyła się po lasach, aż kompletnie zabłądziła. Chciała wrócić do domu, lecz nie wiedziała którędy. Pytała sarenki o drogę, lecz te znały tylko język elficki, ludzkiego ni w ząb, więc patrzyły na nią jedynie swymi pięknymi ślepiami, załamane że nie mogą jej pomóc (gdy Tanea spała kładły się obok i przytulały ogrzewając ją, nie chciały jednak się zdradzać, że tak spoufaliły z człowiekiem, więc gdy tylko dziewczynka się budziła, uciekały w las. Tanea o tej opiece zwierząt nic nie wiedziała, czasem dziwiła się tylko, że obok mech jest równie wymięty, jak w miejscu w którym spała, bagatelizowała jednak ten fakt).

Dużo płakała. Czuła się sama, a żal i lęk ją zżerał. Pewnego dnia poczuła taką bezradność, że postanowiła skończyć z tym wszystkim i utopić się w pobliskim jeziorze. Nie pomyślała o innych, myślała wyłącznie o sobie, na myśl jej nie przeszło, że jej śmierć sprowadzi smutek i żal jej braci, co w konsekwencji może przyczynić się również do ich śmierci (nadmienić należy, że Tanea w języku elfickim oznacza „upajająca się sobą”).
Nie myśląc chwili dłużej rzuciła się do wody.

Woda wlała się w płuca. Tanea topiła się i nie chciała przestać.

Traf chciał, że obok jeziora przejeżdżał hegemon tego lasu zwany Szaq. Zobaczył topiącą się dziewczynę i rzucił na ratunek. Szaq był potężnie zbudowanym mężczyzną, wysportowanym, więc bez problemu w kilka sekund wyłowił dziewczynę z jeziora. Wyciągnął ją, położył na piasku. Tanea krztusiła się. Wypluła całą wodę. Szaq uśmiechnął się. Dziewczyna żyła.

Ona nie odwzajemniła jednak uśmiechu. Bała się go. Szaq niewiele myśląc wziął dziewczynę na barana i zaczął nieść, choć ta machała rękami i nogami i wzbraniała się z całej mocy. Doszli do posiadłości Szaqa, którą była wysoka wieża w środku lasu. Nabył ją niegdyś od pewnego Maga.

Szaq nakarmił dziewczynę i ułożył do snu. Nie odzywali się do siebie.
Co tu dużo ukrywać Szaq zakochał się w dziewczynie, był samotnikiem pośród lasu. Jego samotnym władcą. Patrzył jak śpi, aż w końcu sam zasnął. Gdy się obudził, Tanei w łóżku nie było.

Uciekła.

Szaq rzucił się w pogoń. Znalazł ją przy owym jeziorze w którym chciała się utopić. Znów próbowała to uczynić. Tym razem mężczyzna zdenerwował się, nie wykazał ludzkich odruchów. Uderzył dziewczynę z całej siły. Polała się krew. Tanea upadła zemdlona. Szaq zaniósł ją do swojej wieży i zamknął na ostatnim piętrze na cztery spusty.

2.

Mijały lata. Dziewczyna osiągnęła pełnoletność. Zamknięta w wieży codziennie dostawała od Szaqa jedzenie. Gdy próbował ją pocałować, ta wzbraniała się, więc bił ją. Wtedy ulegała.

Nie rozmawiali ze sobą, ale z jednej strony cierpiała, z drugiej strony miała dobrze. Nie musiała nic robić, niczym się martwić. Miała opiekę. Zaczęło jej się to nawet podobać.

Gdy jednak Szaq wyjeżdżał na polowanie dziewczyna pragnęła uciec. Uwolnić się. Okno w wieży było zakratowane. Czytała jednak bajki, więc wiedziała co robić: chusteczką (tą samą którą ocierała twarz za każdym razem gdy bił ją Szaq) machała przez okno.

Co jakiś czas pojawiali się książęta z bajki na pięknych rumakach. Ich blond włosy targał wiatr. Wdzierali się do wieży, lecz gdy tylko tam byli Tanea zmieniała zdanie, nie chciała być uwolniona przez nich, więc zamiast ją uwalniać dawali jej tylko przyjemność.

To jej wystarczyło. Dobrze jej było w wieży tak naprawdę, więc tylko bawiła się nimi pod nieobecność Szaqa. Książęta błagali, płakali by z nimi jechała, że jest wspaniała, że dadzą jej królestwo, że dadzą jej wszystko. Tanea uśmiechała się i sadystycznie za każdym razem mówiła „nie”. Czerpała rozkosz z ich łez, to dawało jej siłę na przetrwanie w wieży. Miała kompanów od smutku. "Skoro ja cierpię, niech oni też" - myślała.

W końcu zaczęły powstawać wokół wieży namioty z księciami. Bili się między sobą. Grozili, że skończą jeśli nie wyjdzie do nich. Tanea miała niezły spektakl i nieraz biła brawo sama do siebie...

Raz na jakiś czas udawała, że pozwoli któremuś z nich się uratować, płonne to były jednak nadzieje. Wykorzystywała ich uczucia i z zimną krwią chowała z powrotem w celi, a tamci zalani łzami wracali do swych namiotów.

Tanea nie miała nic przeciwko temu, dobrze jej było w wieży i tak naprawdę nie chciała być uwolniona z niej. Tak naprawdę wciąż i wciąż czekała na Szaqa, który dawał jej bądź co bądź poczucie bezpieczeństwa.

Gdy Szaq przyjeżdżał namioty zostały zwijane w popłochu. Wszyscy książęta uciekali gdzie pieprz rośnie w strachu przed Szaqiem, który to nic o nich nie wiedział. Myślał, że tylko on jest właścicielem Tanei. – Majn, majn – powtarzał. Dziewczyna nawet uśmiechała się, gdy tak mówił. Czuła, że jest jego własnością. Należy mu się. Co prawda nie bardzo go lubi, ale jest mu to winna...

Kiedy Tanea uśmiechała się do niego w Szaqu rosła miłość. Postanowił nawet któregoś dnia dać jej posmak wolności. Odtąd zaczął zabierać na przejażdżki. Dziewczyna zaczęła z nim wychodzić z wieży.

Wreszcie przypomniała sobie jak wygląda las, sarenki, wzgórza, pagórki. Za każdym razem jednak Szaq z powrotem zamykał ją w wieży. To powodowało w niej smutek. Dotknęła na moment wolności i znów była zamknięta.

Szaq nie rozumiał tego jednak. Przecież dawał jej tyle – a ona była smutna. Chodził wkurzony i wrzeszczał:

- Uśmiechnij się! – krzyczał i uderzał.

Za każdym razem jednak potem przepraszał ją. Dawał prezenty.
Wtedy uśmiechała się.

Szaq zaczął myśleć, że tak musi być. Bił a potem przepraszał. Wtedy się uśmiechała! Super! Tanei też zaczęło się to podobać. Prowokowała by tak robił. Była smutna. Ten bił ją, a potem był na jej rozkazy, bo miał wyrzuty sumienia.

Można by w tym momencie już napisać i żyli długo i szczęśliwie, ale chyba jednak coś w tej bajce jest nie tak... więc lećmy dalej..


3.

Pewnego razu Szaq wyjechał na polowanie i długo nie wracał. Zamknięta w wieży Tanea tęskniła za nim... Za nim, albo za przejażdżkami. Za wolnością, którą przecież jej dawał. Znów machała chusteczką. Pojawiali się książęta.

Tanea tym razem jednak chciała się z wieży wydostać i może odszukać Szaqa.

Jednak tym razem książęta byli przygotowani do gry. Plotki po królestwach rozniosły się bardzo szybko. Nie przychodzili jej uwolnić...

Jeden z książąt przybył, dał jej frajdę i jak gdyby nigdy nic odszedł i zamknął wieżę, sam z siebie. Nie zdołała nawet krzyknąć za nim. Kilku tak zrobiło.

Błagała, że tym razem naprawdę chce być uwolniona, a oni tylko mrugali do niej okiem („jasne jasne, maleńka”) i znikali.

Straciła kompletnie nadzieję.

Beznadziejne były próby machania chusteczką, które wykonywała. Wiedziała o tym, więc gdy tylko przywołała jakiegoś księcia, chowała się w wieży, w najciemniejszym kącie. Książęta szukali jej, ale nie mogli znaleźć.

Zostawiali zatem dary, które przywieźli ze sobą.

Gdy odjeżdżali Tanea delektowała się prezentami które zostawiali. To jej tylko zostało, uśmiechała się wtedy i znów machała chusteczką.

Książęta jednak przestali przybywać, bo zaczęli myśleć, że w wieży jest po prostu duch. Iluzja. Tanea została sama.

Smutek i żal jaki odczuła niegdyś jako dziecko zabłąkane w lesie powrócił. Nie było Szaqa, nie było książąt, nie było prezentów. Znów była sama. Chciała z tym skończyć.
Wzięła jeden z prezentów – lusterko, rozbiła je. Ostry koniec szkła przyłożyła do krtani i....

- Zaczekaj! – usłyszała głos.

„Nie dobrze, ze mną” – pomyślała - „zaczynam słyszeć głosy”. Myślenie to utwierdziło ją by pchnąć zaostrzony koniec.

- ZACZEKAJ!!! – głos znów zagrzmiał tym razem sto razy głośniej – Spójrz w dół!

Dziewczyna odłożyła szkło i spojrzała na podłogę w wieży. Przy ścianie była wyrwa w podłodze, z której dobiegało światło. Czemu wcześniej tego nie widziała?

Tanea położyła się na podłodze i zajrzała przez wyrwę (ta część podłogi jako jedyna, rzec można 1/10 pomieszczenia, była zrobiona z drewna, reszta z betonu – a wyrwa ta wyglądała jakby ktoś... wyjadł część tego drewna!).

To kogo ujrzała sprawiło, że po raz pierwszy od dawien dawna uśmiechnęła się.
Pod jej pomieszczeniem w podobnej sali więziennej leżał... bóbr. Najprawdziwszy z prawdziwych bóbr!

Leżał i zajadał się drewnem, jakby palił papierosa.

- Kurka, ciężko było wspiąć się po tych ścianach i wreszcie wyjeść kawałek podłogi, by móc z tobą pogadać – powiedział ludzkim głosem Pan Bóbr! (a więc jednak to nie był chwyt z baśni ta wyrwa! On wyjadł drewno! Ha!)

- Chyba zwariowałam – rzekła Tanea.

- Nie skądże znowu! – powiedział bóbr. – to magiczna wieża przecież. Nie wiedziałaś, że Szaq wziął ją od Maga? W magicznej wieży chyba normalne, że bobry gadają ludzkim głosem.

Bóbr schrupał drewno i beknął.

- Na zdrowie. – odparła Tanea i uśmiechnęła się po raz drugi, od dawien dawna.

- A dziękuję. Pewnie zastanawiasz się co tu robię. Otóż jestem tu zamknięty tak samo jak ty, problem w tym że ty masz lepiej, bo ja będę waszym pożywieniem, gdyby nadszedł kryzys. Szaq mnie tu trzyma na czarną godzinę. Nie wie że gadam po ludzku. No ale dość o mnie, co ty chciałaś zrobić, dziewczyno? Rzucić się z wieży, że tak to metaforycznie ujmę?

- Coś w tym stylu.

- Oszalałaś? Przecież są kraty. – rzekł bóbr i wstał – Dobra, kiepski żarcik. Opowiem ci bajkę, chcesz?

Tanea uśmiechnęła się po raz trzeci od dawien dawna.

I tak oto przez wyrwę w podłodze zaczęła rodzić się przyjaźń między bobrem a Taneą. Rozmawiali długo i tematy się nie kończyły, mogliby tak rozmawiać i rozmawiać. Tanea wreszcie się śmiała, bóbr też.

W pewnym momencie jednak zaczęła stosować technikę jak do książąt. Przestała się odzywać do bobra. Bóbr poczuł się bardzo samotny, zagadywał ale nic. Ściana milczenia. Po pewnym czasie usłyszała, że bóbr płacze... Bóbr płakał i mówił przez bobrowe łzy:

- Cierpię, że nie chcesz ze mną rozmawiać, ale ofiaruję to cierpienie elfom, którzy kiedyś w wojnie światów cierpieli za ludzi i dzięki cierpieniu ich odkupili...

Nie wiadomo czy pod wpływem łez bobra, czy tego co mówił, czy tego, że jej również brakowało rozmów z bobrem i jego bajek - Tanea znów zaczęła się do niego odzywać. W końcu to nie był książę tylko zwierzę, więc żal jej było zwierzaka.

Znów rozmawiali. Znów uśmiechali się.

Aż do momentu, gdy Tanea przez okno zauważyła, że wraca Szaq w oddali. Po raz pierwszy w życiu poczuła, że nie chce by wrócił. I wtedy przypomniała sobie, że bobrowi grozi niebezpieczeństwo, że ma być zjedzony!

Bóbr wtedy spał.

- Bobrze, bobrze! – krzyknęła. – Szaq wraca!

Bóbr ziewnął.

- Nie cieszysz się? – spytał.

- W sumie się cieszę. – rzekła. – ale co będzie z tobą?
Po raz pierwszy w życiu, elfickie znaczenie imienia Tanea nie miało racji bytu. Po raz pierwszy pomyślała o kimś innym, niż o sobie.

- No co? Pewnie mnie zjecie niebawem – powiedział bóbr i zasmucił się. – Ech, taki los bobra, choć pamiętam czasy, kiedy nim nie byłem... Ech...

- Jak to nie byłeś? Dobra nie ma czasu! – Tanea wstała i zaczęła grzebać w prezentach.
Zaczęła działać. Jednym z prezentów, które dostała od księcia (który przybył na rumaku o wdzięcznym imieniu BMW) była lina (podobno książęta na takich rumakach nie myślą zbytnio i akurat widać ten też nie należał do lotnych i nie przewidział, że są kraty w oknach i człowiek się nie przeciśnie, ale bóbr da rade! – pomyślała Tanea).

Rzuciła linię przez wyrwę.

- A nie dziękuję, już jadłem śniadanko. – rzekł bóbr.

- Nie idioto! Wyrzuć to przez okno i uciekaj!

- Wiem wiem, znów kiepski żarcik. Ale ja nie chcę uciekać, chcę z tobą rozmawiać.
- Porozmawiamy jeszcze kiedyś. Obiecuję. A teraz idź!

Bóbr wziął linę. Wyrzucił przez okno, przecisnął się przez kraty i zręcznymi łapkami chwycił liny.

- Czy mam przyjść i cię uwolnić? – spytał na odchodnym.

- Nie bobrze, dzięki za rozmowy. Dobrze mi tu w tej wieży. Taka prawda, ale dziękuję – powiedziała Tanea.

- OK. Jak chcesz – rzekł bóbr – Niech elfy mają cię w swej opiece. I nie rób głupstw.

- Dobrze, panie bobrze – obiecała, poczym przesłała buziaka bobrowi z otwartej dłoni. Bóbr uśmiechnął się i westchnął poczym zsunął się po linie z wieży i uciekł do pobliskiego lasu. Był wolny.

***

Szaq wrócił do wieży i o dziwo zastał Tanee uśmiechniętą. Wziął ją na kolejną przejażdżkę.

Tanea jednak miała w pamięci bobra i rozmowy z nim, a przede wszystkim moment w którym sama zadziałała, w którym nikt jej nie wyręczył, w którym poczuła, że naprawdę istnieje, w którym uwolniła bobra.


4.

Minęły lata i Szaq znów wyjechał na polowanie.

Tanea machała chusteczką, pragnęła by bóbr znów z nią rozmawiał. Błagała elfów by to on przyczłapał na swych małych łapkach. Niestety ani śladu bobra. Tylko dwóch książąt się pojawiło.

Nawet prezentów od nich nie chciała, wyrzuciła przez okno. Chciała by to bóbr przyszedł...

Płakała.

Pewnego razu we śnie pojawiły się elfy, które rzekły:

- Jak wróci Szaq sprawdź jego miłość i szukaj tego czego ci brakuje!

Rzekły po elficku, ale Tanea zrozumiała, w końcu elfickie imię miała. Również po elficku odparła (dziwiąc się, że zna ten język, ale w końcu to sen był):

- Ale ja się boję...

- Nie lękajcie się. – odrzekły elfy – Alejalahtale, zmów tę elficką modlitwę, za każdym razem gdy będziesz się bała.

Tanea obudziła się zlana potem, ale szczęśliwa.

Wiedziała co ma zrobić.

Gdy Szaq wrócił z polowania rzekła do niego:

- Jeśli mnie naprawdę kochasz wypuść mnie z wieży na zawsze. Jeśli będę chciała wrócę...

Szaq był wstrząśnięty, niezmieszany, już chciał ją uderzyć, wziął zamach, ale powstrzymał się... Łza spłynęła mu po policzku. Przypomniał sobie małą zagubioną dziewczynkę, którą uratował dawno temu.

Otworzył na oścież drzwi.

- Jesteś wolna. – odparł.

„Jakie to było proste” – pomyślała Tanea i nie wierzyła własnym oczom. Wybiegła z wieży.

5.

Po kilku krokach chciała wrócić. Bała się tego lasu. Tym razem na „przejażdżce” była sama, nie wiedziała którędy iść, lęk ją paraliżował....

„Alejalahtale” – rzekła na głos, stwierdzając, że to strasznie głupie... lecz wtedy właśnie, właśnie wtedy po zmówieniu tej elfickiej modlitwy - na horyzoncie zobaczyła sarny! Jeszcze przed chwilą ich nie było! – nie wierzyła własnym oczom.

Szły w jednym kierunku. Zaczęła iść za nimi pokonując strach. Nie wierzyła, że to się dzieje, ale dzięki sarnom dotarła do swej rodzinnej miejscowości, z której niegdyś uciekła.

Pierwsze co postanowiła to odwiedzić swoich braci, których lata nie widziała.

Jakże się ucieszyli jak ją zobaczyli.

- Wiedzieliśmy, że jesteś pod dobrą opieką u Szaqa, więc nie szukaliśmy cię. – powiedział starszy brat przytulając siostrę - Ale co ty tu robisz? Uciekłaś od Szaqa?

- Tak – odparła i zawstydziła się.

- Nie dobrze – rzekł młodszy. – Szaq był taki dobry dla ciebie. Coś ty zrobiła? Wracaj do niego i przeproś! Koniecznie! Niedługo mieliśmy z wami zamieszkać, a ty takie rzeczy robisz! – brat był zły za nieodpowiedzialność siostry.

- Widzieliście może bobra mówiącego ludzkim głosem? – spytała znienacka.

Bracia spojrzeli po sobie:

– Nie dobrze z nią - szepnął jeden do drugiego.

Chwycili siostrę.

Zaczęli iść z nią w stronę wieży Szaqa.

Tanea krzyczała, błagała by ją puścili, błagała, że nie chce tam wracać. Bracia więc ulegli, bo nie mogli znieść tego krzyku. Postawili ją.

- Rób co chcesz – powiedział starszy.

Młodszy był obrażony, więc nic nie powiedział.

- Miło było was widzieć – rzekła Tanea przez łzy i odeszła.


6.

Czytała kiedyś w legendach, że ze zwierzętami mogą rozmawiać tylko elfy. Postanowiła pójść do ich osady, choć żaden śmiertelnik nigdy nie odważył się tam zapuszczać.

Elfy siedziały przy ognisku i paliły fajki pokoju.

- Czekaliśmy na ciebie - odparły chórem.

Jeden z nich wstał i dał jej zawiniątko.

- Bóbr prosił byśmy ci to przekazali.

Tanea otworzyła przesyłkę. W środku była książka a w niej o dziwo ta oto baśń, którą tu czytacie!

.

[do tych słów, następnych zdań już nie było]

.

Po słowach „w środku była książka, a w niej o dziwo ta oto baśń, którą tu czytacie!” była pusta strona.

I mapka.

Tanea zaczęła iść jak mapka wskazywała. Elfy pobłogosławiły ją na drogę, dały prowiant i obiecały modlić za nią. Dziewczyna podziękowała i ruszyła w drogę.


7.

Oszczędźmy w tym miejscu czytelnikom, jakich trudów musiała zaznać Tanea by trafić w miejsce zaznaczone na mapie. Było strasznie strasznie ciężko, ale modlitwa elfów działała.

Pokonała setki przeciwności by znaleźć drzewo przy rzece, w której rezydował Pan Bóbr.

Gdy dotarła do tego miejsca słońce chyliło się ku zachodowi pokrywając rzeczywistość czerwienią zmieszaną z kolorem żółtym, a Tanea strasznie strasznie zmęczona...

Bóbr spał i chrapał.

Na widok bobra wszelkie zmęczenie uciekło z Tanei. Rzuciła się na niego i przytuliła mocno.

Bóbr otworzył zdziwiony oczy i uśmiechnął się.

Tanea zaczęła go całować. Był to moment w którym po raz pierwszy przytulili się do siebie, bo wcześniej tylko rozmawiali.

I w tym momencie nastała jasność.

Co prawda bóbr nie był żabą, a to zwykle w baśniach żaby przechodzą metamorfozy, jednak ta baśń jest bardziej oryginalna i to właśnie bóbr pod wpływem pocałunku Tanei zamienił się w... człowieka!

Jasność zniknęła, a przed Taneą zamiast bobra siedział mężczyzna. Była przyzwyczajona do widoku książąt z bajek, więc najpierw nie poznała, że to człowiek, myślała, że to przerośnięty zwierz, ale szybko zdała sobie sprawę z pomyłki. Był to po prostu zarośnięty, przy kości mężczyzna, który uśmiechał się do niej:

- Filip Bober, bajkopisarz, miło mi – rzekł i ukłonił się. – odczarowałaś urok rzucony na mnie, Taneo. Zły Mag zamienił mnie kiedyś w bobra w tej wieży, bo nie podobały mu się moje bajki. Cenzor pieprzony! Był zły a ja pisałem bajki o dobru, elfach itd. Kapujesz?
Tanea skinęła głową.

- Dziękuje ci – odparł Bober. - dzięki tobie, znów mam ręce i mogę pisać. Tą bajkę dzięki której tu dotarłaś musiałem dyktować, ech.

- I wzajemnie, ja też dziękuję – powiedziała Tanea.
Przytuliła się do niego, rozmawiali krótko, bo Tanea szybko usnęła ze zmęczenia i szoku.


8.

Gdy rano się obudziła Filipa Bobera nie było. Na miejscu w którym spał leżała książka, dzięki której trafiła tu. Tanea otworzyła książkę, pod mapką o dziwo był dalszy ciąg tej baśni, czyli powyższe słowa i dalej:

„Tanea była szczęśliwa. Pokonała taki kawał drogi sama! Tyle przeciwności. Nie potrzebowała już więcej ani Szaqa, ani bobra, ani książąt. Była dumna z siebie. ‘Co za głupota te bajki o księżniczkach - myślała - <że niby ratują je rycerze i książęta, przecież one same się mogą uratować!> (Don`t need a hero - śpiewała w duchu i nie wiedziała, że jej myślenie w owych czasach stanie się podstawą do stworzenia baśniowych organizacji femistycznych pod hasłem: "Precz z księciami i ich mieczami!"). Wieża była zła, wieża uzależniała, wciągała, to przez Złego Maga, który ją wybudował. Tanea pokonała wieżę, była dumna z siebie, również dlatego, że pomogła komuś, kto jej pomógł. Poczuła, że to ona może decydować, że nie ogranicza ją wieża, że nie musi więcej bać. Że może robić co chce. Jako odrębna istota ludzka nie potrzebuje już chusteczki by machać i przywoływać książąt, że może sama do nich pójść (na prezentach były adresy zwrotne, których nauczyła się na pamięć). Może też wrócić do Szaqa, ale do Szaqa a nie do jego Potężnej Wieży. Albo znów odnajdzie bobra... eee.. Bobera i napiszą razem bajkę? (coś tam przecież pisała na ścianach w wieży, ale raczej smutne historie, choć ponoć takie najlepiej się sprzedają...) Możliwości było wiele, najważniejsze, że uświadomiła sobie, że los jej zależy od niej samej, że nic samo nie przyjdzie, że mogą być tylko drogowskazy. Jednak w tym momencie wiedziała już jak obierać właściwy kierunek. Tanea czuła wolność.”

Dziewczyna przestała czytać i zamknęła księgę. To wszystko było prawdą. Wyciągnęła chusteczkę, którą machała w wieży. Wytarła o nią łzy radości i... dopiero teraz zauważyła, że było na niej wyhaftowane żółte słoneczko. Tanea wyrzuciła chusteczkę zamaszystym ruchem. Po chwili uczyniła to również z księgą od bobra. Nie chciała więcej czytać i myśleć o sobie. Chciała myśleć o innych. Pierwszym co postanowiła to zrobić prezent każdemu kto próbował jej pomóc. Alejalahtale. Nie bała się tego.

- Ale najpierw przygarnę ze schroniska psa - pomyślała i uśmiechnęła się, a odtąd uśmiech z jej twarzy nie schodził i czuła wcale niewątpliwą przyjemność z tego faktu.

Była wolna i chciała tą wolność dać innym. Odtąd przestała nazywać się Tanea, przybrała imię Anatea, co po elficku oznacza "poświęcająca się innym". Tak było.


Warszawa/Łódź 13-16 czerwca 2009 r.

txt & grafika - copyrights 2009 wydawnictwoaudiowizualne.pl


Pod wpływem: Duch Św. (miłość) + Tymbark wiśniowo-jabłkowy (z fajnym napisem na kapslu pod spodem) + 2,5 paczki fajek dziennie.


P. S. Pewnie mi nie uwierzycie, ale miałem straszne problemy, by tą bajkę umieścić na blogu. Zło nie śpi. Alejalahtale. Pozdro.

13 czerwca 2009

Niepoczytalny?

Obudziłem się właśnie w środku nocy właśnie i mówię do siebie - "nie jest dobrze".
Coś mi odbiło ostatnio. Obrażam ludzi na grilu, próbując mówić co jest dobre a co złe, jak jakaś wyrocznia, wkręcam się w jakieś "misje" wśród rodziny (babcia w szpitalu po udarze - chce by ojciec wziął ją do domu, ale przecież to może pogorszyć sprawę), wpieprzam w życie obcych osób z butami. Nie dobrze. Zacząłem myśleć, że to wszystko tu to tylko doczesność i że trzeba działać. Że jestem jakimś superbohaterem. Co za idiotyzm. Życie to nie film. Więcej nie będę. Bo "wciąż pragnąc dobra czynie zło".
Muszę się zająć pracą po prostu, a przede wszystkim zacząć naprawę świata od siebie. Przenieść te wkręty na tfurczość i mieć dystans do siebie. Nemezis to przecież wykreowana postać, alter-ego a nie prawdziwe ja. Przeraziłem się sobą i swoimi ostatnimi zachowaniami. Czas na zmianę. Czas na poświęcenie tworzeniu.
Już niebawem będziemy kręcić teledysk do utworu "Nemezis" promującego komiks. Nie mogę się tego doczekać.
Dobrze, że już świta. Nowy dzień. Nowe myślenie. Bez wkrętów. Oprócz tych twórczych. Pozdro.

15 maja 2009

Premiera komiksu NEMEZIS

Wydawnictwo Nemezis zaprasza do udziału w premierze antologii komiksów pt. Nemezis, która odbędzie się 30. maja w łódzkim EMPiKu w Manufakturze, zaś 6. czerwca w EMPiKu w Silesia City Center w Katowicach g. 14-17 (potem impreza w Oko Miasta - Rondo Sztuki g. 21)
Podczas imprez odbędą się:

  • spotkanie na temat kondycji polskiego komiksu
  • konkursy
  • prezentacja komiksu

11 maja 2009

(s)pokój

"Największym wrogiem człowieka jest on sam" - głosi napis na początku filmu "Revolver" Guy`a Ritchiego. Film ten bez narzucenia siatki interpretacyjnej jaka zawarta jest w tej początkowej sentencji wydaje się pozbawionym sensu thrillerem. Gdy jednak zaczniemy go oglądać metaforycznie, szczególnie w trudnych sytuacjach życiowych, może nam pomóc. Symbolizuje on bowiem walkę człowieka, jaką bezustannie toczy z samym sobą...

Ostatnio chyba zrozumiałem, na czym polega ta walka. By Wam to wytłumaczyć muszę powołać się na jeszcze jeden cytat tym razem z poematu Fryderyka Nietzsche "Tako rzecze Zalatustra", który brzmi: "Człowiek jest linią rozpiętą między zwierzęciem a nadczłowiekiem". Bezustannie toczymy walkę między naszymi zwierzęcymi popędami, a tym co w kulturze nazywa się człowieczeństwem. Między atrakcjami zmysłowymi, a duchowymi, między seksem, a przytuleniem, między agresją, a pokojem. Przez tą walkę nie możemy zyskać statusu nadczłowieka. Powinniśmy być jednym, albo zwierzęciem, albo "człowiekiem". Nietzche co prawda twierdził, że nie można być człowiekiem, że jest się tylko zwierzęciem, że powinno się odrzucić "człowieczeństwo" i być tylko zwierzęciem i chyba między innymi przez to stał się uznany za prekursora hitleryzmu... Jednak czy hitlerowcy będąc zwierzętami, rzeczywiście byli nadludźmi? Wiem, że to wyda się idealistyczne dla wielu co teraz powiem, ale ostatnio zacząłem rozumieć, że to odrzucenie zwierzęcości prowadzi do tego co można określić "nadczłowiekiem".

Nasza zwierzęcość to produkt uboczny człowieczeństwa. Wcześniej wydawało mi się, że rzeczywiście "będę Bogiem" jeśli będą mną władać instynkty zwierzęce, zmysłowe doznania. I może tak było faktycznie parę razy, ale za każdym razem był to stan tylko chwilowy... Iluzoryczny. Tylko na chwilę możesz się stać Bogiem, a potem czar pryska. Możesz się najebać i będzie ci się wydawało, że potrafisz wszystko, jesteś bardziej otwarty, tryskasz humorem, chcesz pić więcej i więcej, bo przecież jest tak zajebiście, bo przecież jesteś Boooogiem yeah!!! Ale.... ale... gdy nadejdzie kac... WIELKI KAC ! Głowa boli, rzygać ci się chcę, wszystko jest do dupy... więc idziesz i klin klinem, znów pijesz, i znów jesteś bogiem... Nadczłowiekiem. Znów kac... No to znów pijesz... I tak alkohol dostaje się do organizmu i musisz pić by żyć... zostajesz alkoholikiem. Zanikają ci komórki nerwowe, przestajesz być człowiekiem, zapominasz słów, bełkoczesz, stajesz po prostu zwierzęciem. Iluzja bycia nadczłowiekiem, bogiem - tego chwilowego stanu z hitowego utworu "Paktofoniki" prowadzi do osiągnięcia odwrotnej, niż zapowiadała (jak to iluzja) obietnicy.

Ale wracając do walki z samym sobą. Ostatnio osiągnąłem niesamowity spokój. To niesamowite, ale stałem się innym człowiekiem, gdy uświadomiłem sobie z czym trzeba walczyć. Do tej pory walczyłem z zasadami moralnymi, bo twierdziłem, że są narzucane przez kulturę, czy religię. Do tej pory myślałem, że o nadczłowieczeństwie decyduje zwierzęcość właśnie a głupie zasady dobra i zła są iluzją. W tej chwili wydaje mi się, że trzeba odwrotnie. To ze zwierzęcością tkwiącą w człowieku musimy walczyć by zyskać prawdziwe nadczłowieczeństwo. To doznania zmysłowe winne być odrzucone na rzecz duchowych, bo przecież te duchowe też mogą dawać przyjemność i to wcale nie wątpliwą jak wcześniej myślałem... Ta metamorfoza dała mi niezwykły spokój. Ja po prostu przestałem potrzebować zwierzęcych doznań. Idąc ulicą, gdy widzę fajną niunię ze zgrabnym tyłkiem nie wyobrażam sobie jak pieprzymy się u mnie w domu, bardziej interesuje mnie co w niej się kryje poza tą powłoką cielesną, jaka jest, czy ma poczucie humoru, czy ma coś w swojej głowie interesującego. Seks z głupią, ale niesamowicie piękną dziewczyną nie sprawiłby mi przyjemności. Popęd może być dopełnieniem, czegoś większego a nie istotą jestestwa. Wiem wiem, wszyscy powiedzą pojebało go, ale życzę tym wszystkim takiego stanu. Bo to coś w rodzaju daru, który otrzymałem.

Przyczyniło się do tego pewne zdarzenie w pewnym miejscu, nie powiem, gdzie, bo już wszyscy pomyślą, że zwariował, ale jeśli ktoś chce wiedzieć i czuje potrzebę na taką przemianę (choć idąc tam wcale jej nie pragnąłem) - niech wyślę mi maila i poda swoje miasto oraz uzasadni swą chęć odeśle pewnego linka z informacją o takich miejscach i wydarzeniach w nich - neivil@gmail.com

Postcriptum:
Z tą zmianą wiąże się nie tylko spokój ale też pokój właśnie. Generalnie odrzucając zmysły i walcząc z nimi (choć ta walka nie jest już taka trudna jak wcześniej, bo czuję wsparcie spoza materialnej rzeczywistości - coś jak ten plakat filmu obecny teraz wszędzie w miastach: "Angeles & Demons") zacząłem chcieć czynić dobro. Dlatego też przepraszam wszystkich, których obraziłem w tym blogu, albo skrzywdziłem w swoim życiu... Zniknął na zawsze diss na Raha. Zniknął utwór "Femme fatale". Zamiast walki - pokój. To daje prawdziwy spokój. Pozdro.

16 lutego 2009

www.nemeziskomiks.com

Ruszyła strona internetowa promująca antologię komiksu NEMEZIS, który niebawem trafi na półki w księgarniach. W niej fragmenty komiksów. Zapraszam.

5 lutego 2009

Rzeczy mają dusze?

Podobno Indianie wierzyli, że przedmioty mają duszę. Podobno przedmiot może być opętany...

Nie macie czasem wrażenia, że rzeczy do Was przemawiają? Ja ostatnio miałem.

Silesia City Center, Katowice, 30 grudnia 2008 godz. 12

Parkuje samochód przed centrum handlowym. Wyjechałem ze swojego miasta o 9 rano i przyjechałem do Katowic na 12 na spotkanie ze znajomym, który wyjeżdzał na dlużej za granicę, a musieliśmy pogadac.
Pogadaliśmy.
Wracam do auta.
Jestem zmęczony, dzień wcześniej imprezowaliśmy ze znajomymi w łodzkich klubach. Do 4 rano, a wstałem o 8. Masakraaaa – myślę sobie i końcówka tego słowa, a konkretnie samogłoski „a” przechodzą w ziewanie. Jestem cholernie głodny. Nie jadłem śniadania, w pośpiechu wychodząc z domu.
Wsiadam do auta. Postanawiam, że pojadę do akademika, wynajmę pokój zjem coś i prześpię się by nie wracac tak bardzo zmęczony.
Przekręcam kluczyk.
Samochód nie chce odpalic. Próbuje kilka razy. Dupa. Nic z tego.
Co teraz?
Trzeba coś zjeśc, potem się pomyśli.
Idę z powrotem do Silesi, jem obiad w Sfinksie. Wracam do auta. Postanawiam – jeśli odpali nie jadę do akademika, bo przecież może już drugi raz nie odpalic, a jutro Sylwester.
Muszę jechac prosto do Łodzi, nie zatrzymywac się nigdzie nie gasic silnika.
Z takim postanowieniem wsiadam do auta. Wkładam kluczyki.
Samochód odpala bez problemu za pierwszym razem.
Dojeżdżam do Łodzi.
Samochód chciał wracać do swoich ziomali – innych aut na parkingu przed moim blokiem.


Łódź-Radogoszcz, Stacja Benzynowa SHELL godz.6.00 rano, 6 stycznia 2009 r., temp. –13 stopni Celcjusza poniżej zera.

Zabieram kolegę, który ma jechac na samolot z Pyrzowic do Wielkiej Brytanii, bo akurat sam muszę jechac na Śląsk. Kolega wsiada do auta a ja je tankuję.
Do pełna.
Wsiadam. Chcę odjeżdżac. Nagle patrzę - drzwi od strony kierowcy nie chcą się zamknąć. Z kolegą próbujemy to naprawić, ale nie udaje się.
Jest potworny mróz.
Musimy jechać, ale jak? Z otwartymi drzwiami? Bilet na samolot by przepadł. Musimy.
Dzwonię do innego kolegi, budzę go i mówię, żeby wziął sznurek.
Jedziemy z otwartymi drzwiami do kolegi. Ten wynosi kabel od USB. Związujemy drzwi i jedziemy z na-wpół otwartymi.

Autostrada, godz.7.00 rano, 6 stycznia 2009 r., temp. –18 stopni Celcjusza poniżej zera.

Pędizmy. 120 km/h na autostradzie. Piździ. To oczywiste, że piździ bo przecież ogrzewanie nie pomaga bo otwarte drzwi, a za nimi mróz jak skurwysyn.
Jakiś samochód trąbi na nas. A my: - Wiemy, wiemy! Otwarte drzwi mamy – zlewka i jedziemy dalej...
W pewnym momencie prędkość zaczyna spadać mimo, że wciskam pedał gazu. Samochód sam zwalnia. Wciskam gaz mocniej, nic.
Chyba muszę zjechać na pobocze. – mówię i robię to. Samochód zatrzymuje się, ja dodaje gazu. Auto jednak mnie nie słucha. Coś śmierdzi potwornie. Stoimy na poboczu. Kolega który za półtorej godziny ma samolot o dziwo spokojny, mimo, że dopiero jesteśmy pod Częstochową. Wysiadamy, ja muszę od strony pasażera bo swoje drzwi mam związane i chcę zachować tą konstrukcję, myśląc, że pojedziemy dalej. Otwieram maskę, pod maską śmierdzi potwornie.

Nagle za nami zatrzymuje się samochód osobowy. Wysiada starszy pan. Też otwiera maskę.
- Panu też się coś popsuło. – stwierdza kolega.
Pan jednak w przeciwieństwie do nas wie co się popsuło, bo naprawia i po chwili wsiada i zaczyna odjeżdżac.
- Jacek! – krzyczę – Zatrzymaj go, może cię podrzuci! – mówię to bo jestem przekonany, że ja nie dam rady już tego uczynic.
Jacek robi to co powiedziałem.
Po chwili zabiera swoje rzeczy.
- Podrzuci mnie do Częstochowy, a potem coś może złapię – stwierdza Jacek.
- Ok., to daj znac czy zdążyłeś – mówię.
Jacek z bagażem opuszcza nas.
Odjeżdżają.
Zostaję z kolegą od kabla USB.
Kolega trzęsie się z zimna. Chudy jest dlatego, mnie wcale ale to wcale nie jest zimno. Zimno mi nie w głowie. W głowie tylko pytanie: - Co teraz?
Nie wiem gdzie jestem. Auto nie działa, czyli generalnie lipa. Albo usiąśc i płakac, albo...
Mam GPS! – przypomina mi się.
Chcę go włączyc i dzwonic po pomoc drogową, gdy nagle na horyzoncie pojawia się rzeczona pomoc drogowa. Problem z głowy – oddychamy z ulgą.
Machamy rękami.
Pomoc drogowa zatrzymuje się.
Wysiada Pan z wąsem.
Błagamy, żeby nas gdzieś podrzucił do jakiegoś warsztatu. Pan mówi, że niedaleko jest warsztat (HURRA!) ale że nie wie czy nas podrzuci bo ma problem z zapaleniem swojego auta (ŁEEE!). Nie dowierzamy mu jednak uradowani, że mamy pomoc.
Pan jednak nie rzucał słów na wiatr. Wsiadamy do samochodu pomocy drogowej, a on nie chce odpalic. Absurd.
Pan zagląda pod maskę swego auta, my siedzimy w środku. On coś tam naprawia. Widzimy przed sobą napis na otwartej masce: POMOCA DROGOWA i gościa, który grzebie pod tą maską. Absurd do n-tej potęgi. Popsuta pomoc drogowa. Heh.
Nagle patrzę w lusterku a drzwi mojego auta są otwarte. A tam TIR na horyzoncie. Biegnę. Zamykam drzwi. TIR przejeżdża. Uff... Kabel USB się rozwiązał... Byłoby po drzwiach. Zawiązuje pętle. Tym razem się nie otworzą. Wracam do pomocy drogowej, a tam cały czas walka z odpaleniem.
Nie udaję się. Pomoc drogowa sama potrzebuje pomocy drogowej. Gośc dzwoni. Po jakimś czasie przyjeżdża jego szef.
- Ja cię pociągnę a ty spróbuj odpalic – mówi.
Podwiązuje pomoc drogową i jechana. Pomoc drogowa ciągnie pomoc drogową. My w środku, a mój samochód niknie w lusterku. Niestety nie udaje mu się odpalic. Absurd pogłębia się. Zatrzymują się.
- Panowie, bo ja zostawiłem tam samochód – mówię.
- Dobra wracamy. Pociągnę pana, a potem wrócę tu po kolegę. – mówi szef.
- To może najpierw odstawi pan kolegę – próbuję być miły.
- Nie, niech tu marznie to jego wina, że popsuł filtr zamiast naprawic – szef jest bezlitosny.
- Wracamy. Pakujemy mój samochód na pomoc.

Dojeżdżamy do najbliższego zakładu naprawczego.
Jacek dzwoni, że bez problemu zdążył na samolot.
Moje auto naprawiają auto w bagatela 6 godzin. Dają nową częśc, bo tamta się spaliła... Samochód jest jak nowy.
Happy End? Prawie...

Dojeżdzamy do Katowic, bogatsi o nowe doświadczenie i nadmiar absurdu. Bogatsi także potwierdzenie mojej tezy, że to auto rzeczywiście chyba ma duszę. Przecież nie domykały się drzwi – samochód jakby sam ostrzegł nas, żeby nie jechac – nie pozwalając domknąc się drzwiom. Jakby mówił: - Żaden kretyn nie pojedzie z otwartymi drzwiami!
Zdziwił się, że jednak pojechaliśmy i zepsuł po drodze stwierdzając – Przecież was ostrzegłem, idioci!

Wieczorem, gdy idziemy do koleżanki, która ma nas przenocowac patrzę na swoje auto i myślę sobie, że coś tu się nie zgadza w mojej teorii. Bo przecież gdyby miał duszę to by chciał jechac, wiedząc że dostanie nową częśc. Powinien się cieszyc i chcieć byśmy jechali. Patrzę na niego i myślę:
- Co ty knujesz?

7 stycznia 2009 r.

Nazajutrz w drodze powrotnej do Łodzi wpadam w poślizg, tracę panowanie nad kierownicą, myślę, że zginę i rozbijam auto uderzając w barierkę na drodze szybkiego ruchu. Nie ginę - wychodzę bez szwanku, czego nie można powiedzieć o aucie, które jest kompletnie skasowane. Przewidziało swoją śmierć. Taka prawda. Miało duszę.

20 grudnia 2008

PLANETA METAFOR

Recenzja płyty PLANET L. U. C.



L. U. C czyli Eluce znany z projektów takich jak Kanał Audytywny, czy solowe płyty uraczył nas najnowszym wydawnictwem. Jest to wydawnictwo multimedialne jednak w niniejszej recezji chciałbym się skupić głównie na jednym jego elemencie czyli płycie. Uważam, że jest najważniejszy, a film i książka to tylko dodatek (no bo jak traktować książkę, w której połowa to teksty piosenek...). Oprócz tego, że jest to nietypowo wydana płyta (razem z filmem, a raczej jak wieści napis na płycie fragmentem filmu i książką, a raczej książeczką) posiada ważną różnicę w stosunku do pozostałych Planeta L. U. C. mianowicie jest płytą najbardziej autobiograficzną. Czemu? Otóż dowiadujemy się, że prawdopodobnie L. U. C ukończył wyższe studia („Tu się kręci, pędzi a ja siedzę / pozostaje dzieckiem mimo że mam magistra wiedzę” O karuzel życia i puszystym sosie szusów) i można mniemać, że to wiedza prawnicza ("Miałem byc mecenasem sobą pozostałem" Happy End And Up Happy Hands – choć akurat to sugeruje, że nie skończył studiów). Możemy też przypuszczać, że miał ciężkie przejścia w Azji (pozornie tekst "Kiedy nie będzie lekko / stawiaj czoło inwazji / powiedz nie takie piekło pokonaliśmy w Azji / Kiedy nie będzie lekko / stawiaj czoło inwazji / powiedz nie takie piekło L. U. C pokonał w Azji" w kawałku "O Tym Co Należy Sobie Mówić, Gdy Jest Ciężko" wydaję się bez sensu, bo przecież czemu mamy sobie mówić że pokonaliśmy piekło w Azji, skoro wcale nie pokonaliśmy, chyba, że przyjąć że to autobiograficzne przeżycie i L. U. C. rzeczywiście przeżył piekło w Azji, gdzie przecież każdy może pojechać mając troszkę hajsu).

Ponadto L. U. C. przedstawia nam (jak zwykle barwnie) swoją wizję rzeczywistości, udziela rad, oraz zwierza się (jak zwierze) w barwny sposób że ma problemy (jak każdy) nad podejmowaniem decyzji (zapętlone kilka razy wyplute jak karabin maszynowy do mikrofonu słowo "wybory wybory wyobory..." w kawałku "O półobrocie Czaka", czy też psychodeliczna końcówka kawałka "Sen Tymenty W Magazynie Wspomnień" o tym, że stoi sam na chorym rozwidleniu swoich jaźni, by skończyc wyciem "nieznośnych wyborów i spraw" przechodząc tym krzykiem do utworu "Transplantacja biosu", gdzie tekst "Rozdwojone paranoje" powtarza się na niezwykle szybkim bicie... To wszystko sprawia, że niemal widzimy chaos w głowie człowieka, który musi podjąć decyzję i nie może jej cofnąć mimo że by chciał - pozostaje mu tylko wspominać, ale nie wróci do przeszłości by podjąć inną decyzję - jak w kawałku "Sen Tymenty W Magazynie Wspomnień"... Innym słowy nie mamy przycisku "undo" w sobie, wybór nie zostanie cofnięty - to mój zwrot copyrights itd. ;)

Jak widać na powyższym przykładzie płyta PLANETA L. U. C. jak większość wydawnictw tego artysty jest bardzo spójna i nie da się słuchać osobno poszczególnych utworów by zrozumieć jej sens (czego brakuje w polskim hh, gdzie większość płyt oprócz wyjątków to zbiór kawałków niepowiązanych ze sobą w żaden sposób).

Mówiąc o spójności płyty trochę się zawahałem, bo nie do końca tak jest. Wg mnie płyta dzieli się na dwie części: mroczną o ciężkim klimacie i jasną o niezwykle pozytywnym przekazie (co swoją drogą jest też nowością w twórczości tego twórcy nie licząc może płyty "Haelucenogenoklektyzm", choć też bardziej mroczna od tej). Jednak obie te części są bardzo spójne, jeśli je traktować osobno. Jednak fakt, że zostały umieszczone na jednej płycie może powodować, że płyta momentami jest nierówna. Tak pomyślałem po pierwszym przesłuchaniu, ale potem przypomniałem o swoim dawnym pomyśle jeszcze za czasów kaset magnetofonowych - mianowicie aby nagrać kasetę, której jedna strona byłaby jasna a druga ciemna i zacząłem się zastanawiać, czy w przypadku PLANETY L. U. C. zmieszanie mroku z jasnością nie jest celowe. Bo tą płytę można opisać w taki oto metaforyczny sposób: gdy zaczyna się jej słuchać jest ponura noc, która gdy mijają kolejne utwory stopniowo zbliża się ku wschodzie słońca, by w jej końcówce zaświeciło słońce w swej pełnej okazałości. I jak się nad tym zastanowić to tytuł płyty PLANETA może to sugerować, bo przecież na planetach raz świeci słońce a raz nie - jak w życiu. Ta metafora ma o tyle ma sens, że L. U. C mówił w jednym z wywiadów (TV4), że nagrywał ją gdy wychodził z trudnego okresu w życiu (czyt. depresji), czyli od mroku do słońca. Amen.

I tutaj mały zgrzyt. Teoria L. U. C`a o jedności sztuk niestety upada, bo podział płyty na dwie części mroczną i jasną nie koresponduje z pozostałymi dodatkami do płyty audio. Okładka płyty z napisem „poczytaj mi Lucu”, nawiązuje do serii książeczek dla dzieci „poczytaj mi mamo”, podobnie jak treść książki (oprócz tekstów piosenek) – są to stylizowane na dziecinny absurd teksty mocno halucynogenne, napisane zapewne po ostrym jaraniu. Obecny w nich absurd i ironia, oraz „zielony” humor odnoszą się tylko do części wesołej płyty, nijak nie zgadzając się z kawałkami takimi jak „Ścieżka, której nie wciąga się nosem”, „Sen Tymenty W Magazynie Wspomnień”, czy „Transplantacja biosu”. To dołujące psychodeliczne kawałki, raczej nie kojarzące się z dziecinną beztroską. Film tak samo jest zabawny i przypomina swego rodzaju „jackassy”, zabawę jako źródło kultury...Te rzeczy pasują idealnie z drugą częścią płyty i ją uzubełnieją bo nawiązanie do serii „poczytaj mi mamo” ma też taki sens, że te utwory z „jasnej strony”są oparte na samplach z bajek... Czemu jednak ani w filmie ani w książeczce nie ma akcentu mrocznego nie wiadomo.

Wróćmy jednak do pozytywów tego wydawnictwa, a mianowicie metafor. Jest to jedna z najmocniejszych stron płyty. Po kolei zatem: należy pochwalić L. U. C`a za jego metaforę przewrotności losu, którą jest Chuck Norris, z którym podmiot liryczny walczy w kawałku "O Tym Co Należy Sobie Mówić, Gdy Jest Ciężko" . Jest to przewrotna i zabawna personifikacja przeciwności i kłód losu jakie natrafiamy w życiu. Chuck jest swego rodzaju fatum które L. U. C tępi, i jak słyszymy to nie tylko fatum, ale też pokusy typu heroina (u mnie tylko natura /na heroine to bunt - fuj/ zarzywasz przegrywasz jak z Brisem smród / Wtedy dopada mnie jego [Chucka Norrisa - przyp. NE] but - srut -/ w takich chwilach mówię: Kiedy nie będzie lekko/stawiaj czoło inwazji..."])

Ponadto idea Chucka (czy jak chce autor płyty Czaka) jest kontynuowana dalej w kawałku "O półobrocie Czaka czyli o przyczynie pędu", w którym dowiadujemy się że przeciwności losu są tak naprawde tym co daje power do działania, gdybyśmy ich nie mieli nie musieli walczyć - byłaby stagnacja ("Przepraszam, że tak pędzę ale to półobrót Czaka zamienił moje serce na głowice Kasprzaka"). Dodam tylko, że utwory te pochodzą z jasnej części płyty :)

Najbardziej wyrazistym utworem na płycie jest "Co z tą Polską - Soviet Menel Kisiel" z gościnnym udziałem Fokusa i Rahima. Szacunek dla tego kawałka za ciekawą teorię dla L. U. C`a odnośnie piractwa płyt (znów super metafora). Otóż wg niego (i Rahima) kradzież i oszustwo mamy w genach, bo musieliśmy wkręcać Sovietów by przetrwać (zawsze walczyliśmy z systemem, czy to zabory czy PRL i rzeczywiście w większości z Sovietami właśnie czyli „Soviet mental kisiel”). Ponadto w mentalności mamy zakodowane, że lepiej mieć coś za darmo (każdy łasy na frikowe rarytasy). Problem ten jednak należy szerzej rozpatrzyć może niekoniecznie przy okazji tej recenzji, ale w jakimś innym artykule, można tylko zaznaczyć tu problem - po prostu coś takiego jak płyta Audio CD odchodzi do lamusa i to czas mp3... Swoją drogą zastanawiam się, czy L. U. C montuje swoje teledyski na legalnych programach do montażu czy koloryzacji które kosztują od 2000 do 10000 dolarów..? Więc jak to jest z tym piractwem ziomuś, co? ;)

Dobrze, jeśli chodzi o płytę audio CD (nie mówiąc o książeczce i filmie) wymieniłem same plusy jak do tej pory - czas więc na minusy (żeby nie zostać posądzonym o "product placement"), które zostawiłem na koniec, bo rzeczywiście jest ich niewiele i duża ilość zalet sprawia, że można na nie przymknąć oko. Przede wszystkim główny minus to kawałek "Remont - Na Arteriach Mego Życia" nie ze względu na jego treść i flow, tylko na fakt, że to odgrzewany kotlet, bo dokładnie ten sam kawałek słyszałem już wcześniej w teledysku, który bynajmniej nie promuje tej płyty (http://www.youtube.com/watch?v=OXb2ENif4u0&feature=related) Wiem, że pasuje do koncepcji, bo jest o remoncie życia (i znów teoria przejścia od ciemności do jasności – wraca, bo chodzi o to, że po remoncie życia nastaje jasność... coś o tym wiem... ech...), ale jednak z nową płytą słuchacze czekają na nowe rzeczy... Co jeszcze? Tym co drażni najbardziej to niektóre niezbyt wyszukane metafory L. U. C`a typu "mózgi (...) wyprane odwirowane(...) na kolorowych kapitalizmu sznurkach, jak majtki powywieszane" - początek zapowiada się super a potem wchodzi porównanie z majtkami. No sory, ale w tak poważnym kawałku to porównanie z majtkami drażni (czemu majtki?). Inny przykład to "Więc jak TVN, codzień beztrosko ciska nam w oczy kałem". Porównania z gównem nie brzmią fajnie po prostu. Poza tym do płyty pełnej zagadek i takiej której nie można określić mianem realistycznej takie naturalistyczne i prymitywne porównanie nie pasuje. Albo jest to zabawa słowem, jak u poetów dadaistycznych, albo rap z ulicy, konsekwecja w sztuce powinna być najważniejsza (jeśli płyta byłaby uliczna albo imprezowa nic nie miałbym do takich porównań). Drażni też "żart Strasburgera", który pojawia się przynajmniej w trzech utworach a w jednym jako metafora popkultury. Każdy zna ten zwrot choćby z programów Majewskiego, który twórczo to przekształcił na "żenujący żart prowadzącego" i wszyscy i tak więdzą że o Strasburgera chodzi, więc mało oryginalne i denerwujące. Pani Ula Dudziak też mam wrażenie pojawia się jakoś na siłę (wydaję mi się, że L. U. C chciał zaznaczyć swoją filozofię produkcji utworów gdzie wokal jest integralną częścią podkładu muzycznego a czasem nawet go zastępuję, jednak wprowadzenie Pani Uli jest nieco żałosne: "Zaufaj mi życie to bajka jeśli zamarzysz zagra ci nawet pani Ula Dudziak". Można było lepiej tą postać wykorzystac...). Noi ostatnie do czego mogę się przyczepić to zła wymowa angielskich słów przez L. U. C - "Happy happy End and up happy hands". Rozumiem, że to gra słów w rymach z "happy" i "up", jednak słowo "happy" czyta się "hepy" a nie "hapy"... ale to już rzeczywiście "czepianie się, więc zakończmy.

Reasumując o ile poprzednie płyty L. U. C`a można nazwać "futurystycznymi" (mówię o futuryzmie jako prądzie w sztuce z lat 20-tych) o tyle tą spokojnie zostając w tamtych czasach można nazwać "dadaistyczną" autobiografią (zabawa słowem, metafory - wypisz wymaluj sztuka rymów niczym "manifest dadaistów" – mówimy o części drugiej płyty), bo to dadaiści uwazali, że tworząc powinniśmy być dziećmi, a autor powyższej płyty kilka razy nas informuje, że "pozostaje dzieckiem" (może oprócz pierwszej części płyty, która "lekka łatwa i przyjemna jak dziecięca zabawa" nie jest, ale pod koniec owszem).

P. S. Ile ja tobie tyle ty jemu temu co mi to odda / energia jak bumerang wyrzucony z okna / Ile ja tobie tyle ty jemu temu co mi to odda / dziś ja naleje sobie jutro sam wypije do dna... /TAK TRZYMAC :) Elo.