15 maja 2009

Premiera komiksu NEMEZIS

Wydawnictwo Nemezis zaprasza do udziału w premierze antologii komiksów pt. Nemezis, która odbędzie się 30. maja w łódzkim EMPiKu w Manufakturze, zaś 6. czerwca w EMPiKu w Silesia City Center w Katowicach g. 14-17 (potem impreza w Oko Miasta - Rondo Sztuki g. 21)
Podczas imprez odbędą się:

  • spotkanie na temat kondycji polskiego komiksu
  • konkursy
  • prezentacja komiksu

11 maja 2009

(s)pokój

"Największym wrogiem człowieka jest on sam" - głosi napis na początku filmu "Revolver" Guy`a Ritchiego. Film ten bez narzucenia siatki interpretacyjnej jaka zawarta jest w tej początkowej sentencji wydaje się pozbawionym sensu thrillerem. Gdy jednak zaczniemy go oglądać metaforycznie, szczególnie w trudnych sytuacjach życiowych, może nam pomóc. Symbolizuje on bowiem walkę człowieka, jaką bezustannie toczy z samym sobą...

Ostatnio chyba zrozumiałem, na czym polega ta walka. By Wam to wytłumaczyć muszę powołać się na jeszcze jeden cytat tym razem z poematu Fryderyka Nietzsche "Tako rzecze Zalatustra", który brzmi: "Człowiek jest linią rozpiętą między zwierzęciem a nadczłowiekiem". Bezustannie toczymy walkę między naszymi zwierzęcymi popędami, a tym co w kulturze nazywa się człowieczeństwem. Między atrakcjami zmysłowymi, a duchowymi, między seksem, a przytuleniem, między agresją, a pokojem. Przez tą walkę nie możemy zyskać statusu nadczłowieka. Powinniśmy być jednym, albo zwierzęciem, albo "człowiekiem". Nietzche co prawda twierdził, że nie można być człowiekiem, że jest się tylko zwierzęciem, że powinno się odrzucić "człowieczeństwo" i być tylko zwierzęciem i chyba między innymi przez to stał się uznany za prekursora hitleryzmu... Jednak czy hitlerowcy będąc zwierzętami, rzeczywiście byli nadludźmi? Wiem, że to wyda się idealistyczne dla wielu co teraz powiem, ale ostatnio zacząłem rozumieć, że to odrzucenie zwierzęcości prowadzi do tego co można określić "nadczłowiekiem".

Nasza zwierzęcość to produkt uboczny człowieczeństwa. Wcześniej wydawało mi się, że rzeczywiście "będę Bogiem" jeśli będą mną władać instynkty zwierzęce, zmysłowe doznania. I może tak było faktycznie parę razy, ale za każdym razem był to stan tylko chwilowy... Iluzoryczny. Tylko na chwilę możesz się stać Bogiem, a potem czar pryska. Możesz się najebać i będzie ci się wydawało, że potrafisz wszystko, jesteś bardziej otwarty, tryskasz humorem, chcesz pić więcej i więcej, bo przecież jest tak zajebiście, bo przecież jesteś Boooogiem yeah!!! Ale.... ale... gdy nadejdzie kac... WIELKI KAC ! Głowa boli, rzygać ci się chcę, wszystko jest do dupy... więc idziesz i klin klinem, znów pijesz, i znów jesteś bogiem... Nadczłowiekiem. Znów kac... No to znów pijesz... I tak alkohol dostaje się do organizmu i musisz pić by żyć... zostajesz alkoholikiem. Zanikają ci komórki nerwowe, przestajesz być człowiekiem, zapominasz słów, bełkoczesz, stajesz po prostu zwierzęciem. Iluzja bycia nadczłowiekiem, bogiem - tego chwilowego stanu z hitowego utworu "Paktofoniki" prowadzi do osiągnięcia odwrotnej, niż zapowiadała (jak to iluzja) obietnicy.

Ale wracając do walki z samym sobą. Ostatnio osiągnąłem niesamowity spokój. To niesamowite, ale stałem się innym człowiekiem, gdy uświadomiłem sobie z czym trzeba walczyć. Do tej pory walczyłem z zasadami moralnymi, bo twierdziłem, że są narzucane przez kulturę, czy religię. Do tej pory myślałem, że o nadczłowieczeństwie decyduje zwierzęcość właśnie a głupie zasady dobra i zła są iluzją. W tej chwili wydaje mi się, że trzeba odwrotnie. To ze zwierzęcością tkwiącą w człowieku musimy walczyć by zyskać prawdziwe nadczłowieczeństwo. To doznania zmysłowe winne być odrzucone na rzecz duchowych, bo przecież te duchowe też mogą dawać przyjemność i to wcale nie wątpliwą jak wcześniej myślałem... Ta metamorfoza dała mi niezwykły spokój. Ja po prostu przestałem potrzebować zwierzęcych doznań. Idąc ulicą, gdy widzę fajną niunię ze zgrabnym tyłkiem nie wyobrażam sobie jak pieprzymy się u mnie w domu, bardziej interesuje mnie co w niej się kryje poza tą powłoką cielesną, jaka jest, czy ma poczucie humoru, czy ma coś w swojej głowie interesującego. Seks z głupią, ale niesamowicie piękną dziewczyną nie sprawiłby mi przyjemności. Popęd może być dopełnieniem, czegoś większego a nie istotą jestestwa. Wiem wiem, wszyscy powiedzą pojebało go, ale życzę tym wszystkim takiego stanu. Bo to coś w rodzaju daru, który otrzymałem.

Przyczyniło się do tego pewne zdarzenie w pewnym miejscu, nie powiem, gdzie, bo już wszyscy pomyślą, że zwariował, ale jeśli ktoś chce wiedzieć i czuje potrzebę na taką przemianę (choć idąc tam wcale jej nie pragnąłem) - niech wyślę mi maila i poda swoje miasto oraz uzasadni swą chęć odeśle pewnego linka z informacją o takich miejscach i wydarzeniach w nich - neivil@gmail.com

Postcriptum:
Z tą zmianą wiąże się nie tylko spokój ale też pokój właśnie. Generalnie odrzucając zmysły i walcząc z nimi (choć ta walka nie jest już taka trudna jak wcześniej, bo czuję wsparcie spoza materialnej rzeczywistości - coś jak ten plakat filmu obecny teraz wszędzie w miastach: "Angeles & Demons") zacząłem chcieć czynić dobro. Dlatego też przepraszam wszystkich, których obraziłem w tym blogu, albo skrzywdziłem w swoim życiu... Zniknął na zawsze diss na Raha. Zniknął utwór "Femme fatale". Zamiast walki - pokój. To daje prawdziwy spokój. Pozdro.

16 lutego 2009

www.nemeziskomiks.com

Ruszyła strona internetowa promująca antologię komiksu NEMEZIS, który niebawem trafi na półki w księgarniach. W niej fragmenty komiksów. Zapraszam.

5 lutego 2009

Rzeczy mają dusze?

Podobno Indianie wierzyli, że przedmioty mają duszę. Podobno przedmiot może być opętany...

Nie macie czasem wrażenia, że rzeczy do Was przemawiają? Ja ostatnio miałem.

Silesia City Center, Katowice, 30 grudnia 2008 godz. 12

Parkuje samochód przed centrum handlowym. Wyjechałem ze swojego miasta o 9 rano i przyjechałem do Katowic na 12 na spotkanie ze znajomym, który wyjeżdzał na dlużej za granicę, a musieliśmy pogadac.
Pogadaliśmy.
Wracam do auta.
Jestem zmęczony, dzień wcześniej imprezowaliśmy ze znajomymi w łodzkich klubach. Do 4 rano, a wstałem o 8. Masakraaaa – myślę sobie i końcówka tego słowa, a konkretnie samogłoski „a” przechodzą w ziewanie. Jestem cholernie głodny. Nie jadłem śniadania, w pośpiechu wychodząc z domu.
Wsiadam do auta. Postanawiam, że pojadę do akademika, wynajmę pokój zjem coś i prześpię się by nie wracac tak bardzo zmęczony.
Przekręcam kluczyk.
Samochód nie chce odpalic. Próbuje kilka razy. Dupa. Nic z tego.
Co teraz?
Trzeba coś zjeśc, potem się pomyśli.
Idę z powrotem do Silesi, jem obiad w Sfinksie. Wracam do auta. Postanawiam – jeśli odpali nie jadę do akademika, bo przecież może już drugi raz nie odpalic, a jutro Sylwester.
Muszę jechac prosto do Łodzi, nie zatrzymywac się nigdzie nie gasic silnika.
Z takim postanowieniem wsiadam do auta. Wkładam kluczyki.
Samochód odpala bez problemu za pierwszym razem.
Dojeżdżam do Łodzi.
Samochód chciał wracać do swoich ziomali – innych aut na parkingu przed moim blokiem.


Łódź-Radogoszcz, Stacja Benzynowa SHELL godz.6.00 rano, 6 stycznia 2009 r., temp. –13 stopni Celcjusza poniżej zera.

Zabieram kolegę, który ma jechac na samolot z Pyrzowic do Wielkiej Brytanii, bo akurat sam muszę jechac na Śląsk. Kolega wsiada do auta a ja je tankuję.
Do pełna.
Wsiadam. Chcę odjeżdżac. Nagle patrzę - drzwi od strony kierowcy nie chcą się zamknąć. Z kolegą próbujemy to naprawić, ale nie udaje się.
Jest potworny mróz.
Musimy jechać, ale jak? Z otwartymi drzwiami? Bilet na samolot by przepadł. Musimy.
Dzwonię do innego kolegi, budzę go i mówię, żeby wziął sznurek.
Jedziemy z otwartymi drzwiami do kolegi. Ten wynosi kabel od USB. Związujemy drzwi i jedziemy z na-wpół otwartymi.

Autostrada, godz.7.00 rano, 6 stycznia 2009 r., temp. –18 stopni Celcjusza poniżej zera.

Pędizmy. 120 km/h na autostradzie. Piździ. To oczywiste, że piździ bo przecież ogrzewanie nie pomaga bo otwarte drzwi, a za nimi mróz jak skurwysyn.
Jakiś samochód trąbi na nas. A my: - Wiemy, wiemy! Otwarte drzwi mamy – zlewka i jedziemy dalej...
W pewnym momencie prędkość zaczyna spadać mimo, że wciskam pedał gazu. Samochód sam zwalnia. Wciskam gaz mocniej, nic.
Chyba muszę zjechać na pobocze. – mówię i robię to. Samochód zatrzymuje się, ja dodaje gazu. Auto jednak mnie nie słucha. Coś śmierdzi potwornie. Stoimy na poboczu. Kolega który za półtorej godziny ma samolot o dziwo spokojny, mimo, że dopiero jesteśmy pod Częstochową. Wysiadamy, ja muszę od strony pasażera bo swoje drzwi mam związane i chcę zachować tą konstrukcję, myśląc, że pojedziemy dalej. Otwieram maskę, pod maską śmierdzi potwornie.

Nagle za nami zatrzymuje się samochód osobowy. Wysiada starszy pan. Też otwiera maskę.
- Panu też się coś popsuło. – stwierdza kolega.
Pan jednak w przeciwieństwie do nas wie co się popsuło, bo naprawia i po chwili wsiada i zaczyna odjeżdżac.
- Jacek! – krzyczę – Zatrzymaj go, może cię podrzuci! – mówię to bo jestem przekonany, że ja nie dam rady już tego uczynic.
Jacek robi to co powiedziałem.
Po chwili zabiera swoje rzeczy.
- Podrzuci mnie do Częstochowy, a potem coś może złapię – stwierdza Jacek.
- Ok., to daj znac czy zdążyłeś – mówię.
Jacek z bagażem opuszcza nas.
Odjeżdżają.
Zostaję z kolegą od kabla USB.
Kolega trzęsie się z zimna. Chudy jest dlatego, mnie wcale ale to wcale nie jest zimno. Zimno mi nie w głowie. W głowie tylko pytanie: - Co teraz?
Nie wiem gdzie jestem. Auto nie działa, czyli generalnie lipa. Albo usiąśc i płakac, albo...
Mam GPS! – przypomina mi się.
Chcę go włączyc i dzwonic po pomoc drogową, gdy nagle na horyzoncie pojawia się rzeczona pomoc drogowa. Problem z głowy – oddychamy z ulgą.
Machamy rękami.
Pomoc drogowa zatrzymuje się.
Wysiada Pan z wąsem.
Błagamy, żeby nas gdzieś podrzucił do jakiegoś warsztatu. Pan mówi, że niedaleko jest warsztat (HURRA!) ale że nie wie czy nas podrzuci bo ma problem z zapaleniem swojego auta (ŁEEE!). Nie dowierzamy mu jednak uradowani, że mamy pomoc.
Pan jednak nie rzucał słów na wiatr. Wsiadamy do samochodu pomocy drogowej, a on nie chce odpalic. Absurd.
Pan zagląda pod maskę swego auta, my siedzimy w środku. On coś tam naprawia. Widzimy przed sobą napis na otwartej masce: POMOCA DROGOWA i gościa, który grzebie pod tą maską. Absurd do n-tej potęgi. Popsuta pomoc drogowa. Heh.
Nagle patrzę w lusterku a drzwi mojego auta są otwarte. A tam TIR na horyzoncie. Biegnę. Zamykam drzwi. TIR przejeżdża. Uff... Kabel USB się rozwiązał... Byłoby po drzwiach. Zawiązuje pętle. Tym razem się nie otworzą. Wracam do pomocy drogowej, a tam cały czas walka z odpaleniem.
Nie udaję się. Pomoc drogowa sama potrzebuje pomocy drogowej. Gośc dzwoni. Po jakimś czasie przyjeżdża jego szef.
- Ja cię pociągnę a ty spróbuj odpalic – mówi.
Podwiązuje pomoc drogową i jechana. Pomoc drogowa ciągnie pomoc drogową. My w środku, a mój samochód niknie w lusterku. Niestety nie udaje mu się odpalic. Absurd pogłębia się. Zatrzymują się.
- Panowie, bo ja zostawiłem tam samochód – mówię.
- Dobra wracamy. Pociągnę pana, a potem wrócę tu po kolegę. – mówi szef.
- To może najpierw odstawi pan kolegę – próbuję być miły.
- Nie, niech tu marznie to jego wina, że popsuł filtr zamiast naprawic – szef jest bezlitosny.
- Wracamy. Pakujemy mój samochód na pomoc.

Dojeżdżamy do najbliższego zakładu naprawczego.
Jacek dzwoni, że bez problemu zdążył na samolot.
Moje auto naprawiają auto w bagatela 6 godzin. Dają nową częśc, bo tamta się spaliła... Samochód jest jak nowy.
Happy End? Prawie...

Dojeżdzamy do Katowic, bogatsi o nowe doświadczenie i nadmiar absurdu. Bogatsi także potwierdzenie mojej tezy, że to auto rzeczywiście chyba ma duszę. Przecież nie domykały się drzwi – samochód jakby sam ostrzegł nas, żeby nie jechac – nie pozwalając domknąc się drzwiom. Jakby mówił: - Żaden kretyn nie pojedzie z otwartymi drzwiami!
Zdziwił się, że jednak pojechaliśmy i zepsuł po drodze stwierdzając – Przecież was ostrzegłem, idioci!

Wieczorem, gdy idziemy do koleżanki, która ma nas przenocowac patrzę na swoje auto i myślę sobie, że coś tu się nie zgadza w mojej teorii. Bo przecież gdyby miał duszę to by chciał jechac, wiedząc że dostanie nową częśc. Powinien się cieszyc i chcieć byśmy jechali. Patrzę na niego i myślę:
- Co ty knujesz?

7 stycznia 2009 r.

Nazajutrz w drodze powrotnej do Łodzi wpadam w poślizg, tracę panowanie nad kierownicą, myślę, że zginę i rozbijam auto uderzając w barierkę na drodze szybkiego ruchu. Nie ginę - wychodzę bez szwanku, czego nie można powiedzieć o aucie, które jest kompletnie skasowane. Przewidziało swoją śmierć. Taka prawda. Miało duszę.

20 grudnia 2008

PLANETA METAFOR

Recenzja płyty PLANET L. U. C.



L. U. C czyli Eluce znany z projektów takich jak Kanał Audytywny, czy solowe płyty uraczył nas najnowszym wydawnictwem. Jest to wydawnictwo multimedialne jednak w niniejszej recezji chciałbym się skupić głównie na jednym jego elemencie czyli płycie. Uważam, że jest najważniejszy, a film i książka to tylko dodatek (no bo jak traktować książkę, w której połowa to teksty piosenek...). Oprócz tego, że jest to nietypowo wydana płyta (razem z filmem, a raczej jak wieści napis na płycie fragmentem filmu i książką, a raczej książeczką) posiada ważną różnicę w stosunku do pozostałych Planeta L. U. C. mianowicie jest płytą najbardziej autobiograficzną. Czemu? Otóż dowiadujemy się, że prawdopodobnie L. U. C ukończył wyższe studia („Tu się kręci, pędzi a ja siedzę / pozostaje dzieckiem mimo że mam magistra wiedzę” O karuzel życia i puszystym sosie szusów) i można mniemać, że to wiedza prawnicza ("Miałem byc mecenasem sobą pozostałem" Happy End And Up Happy Hands – choć akurat to sugeruje, że nie skończył studiów). Możemy też przypuszczać, że miał ciężkie przejścia w Azji (pozornie tekst "Kiedy nie będzie lekko / stawiaj czoło inwazji / powiedz nie takie piekło pokonaliśmy w Azji / Kiedy nie będzie lekko / stawiaj czoło inwazji / powiedz nie takie piekło L. U. C pokonał w Azji" w kawałku "O Tym Co Należy Sobie Mówić, Gdy Jest Ciężko" wydaję się bez sensu, bo przecież czemu mamy sobie mówić że pokonaliśmy piekło w Azji, skoro wcale nie pokonaliśmy, chyba, że przyjąć że to autobiograficzne przeżycie i L. U. C. rzeczywiście przeżył piekło w Azji, gdzie przecież każdy może pojechać mając troszkę hajsu).

Ponadto L. U. C. przedstawia nam (jak zwykle barwnie) swoją wizję rzeczywistości, udziela rad, oraz zwierza się (jak zwierze) w barwny sposób że ma problemy (jak każdy) nad podejmowaniem decyzji (zapętlone kilka razy wyplute jak karabin maszynowy do mikrofonu słowo "wybory wybory wyobory..." w kawałku "O półobrocie Czaka", czy też psychodeliczna końcówka kawałka "Sen Tymenty W Magazynie Wspomnień" o tym, że stoi sam na chorym rozwidleniu swoich jaźni, by skończyc wyciem "nieznośnych wyborów i spraw" przechodząc tym krzykiem do utworu "Transplantacja biosu", gdzie tekst "Rozdwojone paranoje" powtarza się na niezwykle szybkim bicie... To wszystko sprawia, że niemal widzimy chaos w głowie człowieka, który musi podjąć decyzję i nie może jej cofnąć mimo że by chciał - pozostaje mu tylko wspominać, ale nie wróci do przeszłości by podjąć inną decyzję - jak w kawałku "Sen Tymenty W Magazynie Wspomnień"... Innym słowy nie mamy przycisku "undo" w sobie, wybór nie zostanie cofnięty - to mój zwrot copyrights itd. ;)

Jak widać na powyższym przykładzie płyta PLANETA L. U. C. jak większość wydawnictw tego artysty jest bardzo spójna i nie da się słuchać osobno poszczególnych utworów by zrozumieć jej sens (czego brakuje w polskim hh, gdzie większość płyt oprócz wyjątków to zbiór kawałków niepowiązanych ze sobą w żaden sposób).

Mówiąc o spójności płyty trochę się zawahałem, bo nie do końca tak jest. Wg mnie płyta dzieli się na dwie części: mroczną o ciężkim klimacie i jasną o niezwykle pozytywnym przekazie (co swoją drogą jest też nowością w twórczości tego twórcy nie licząc może płyty "Haelucenogenoklektyzm", choć też bardziej mroczna od tej). Jednak obie te części są bardzo spójne, jeśli je traktować osobno. Jednak fakt, że zostały umieszczone na jednej płycie może powodować, że płyta momentami jest nierówna. Tak pomyślałem po pierwszym przesłuchaniu, ale potem przypomniałem o swoim dawnym pomyśle jeszcze za czasów kaset magnetofonowych - mianowicie aby nagrać kasetę, której jedna strona byłaby jasna a druga ciemna i zacząłem się zastanawiać, czy w przypadku PLANETY L. U. C. zmieszanie mroku z jasnością nie jest celowe. Bo tą płytę można opisać w taki oto metaforyczny sposób: gdy zaczyna się jej słuchać jest ponura noc, która gdy mijają kolejne utwory stopniowo zbliża się ku wschodzie słońca, by w jej końcówce zaświeciło słońce w swej pełnej okazałości. I jak się nad tym zastanowić to tytuł płyty PLANETA może to sugerować, bo przecież na planetach raz świeci słońce a raz nie - jak w życiu. Ta metafora ma o tyle ma sens, że L. U. C mówił w jednym z wywiadów (TV4), że nagrywał ją gdy wychodził z trudnego okresu w życiu (czyt. depresji), czyli od mroku do słońca. Amen.

I tutaj mały zgrzyt. Teoria L. U. C`a o jedności sztuk niestety upada, bo podział płyty na dwie części mroczną i jasną nie koresponduje z pozostałymi dodatkami do płyty audio. Okładka płyty z napisem „poczytaj mi Lucu”, nawiązuje do serii książeczek dla dzieci „poczytaj mi mamo”, podobnie jak treść książki (oprócz tekstów piosenek) – są to stylizowane na dziecinny absurd teksty mocno halucynogenne, napisane zapewne po ostrym jaraniu. Obecny w nich absurd i ironia, oraz „zielony” humor odnoszą się tylko do części wesołej płyty, nijak nie zgadzając się z kawałkami takimi jak „Ścieżka, której nie wciąga się nosem”, „Sen Tymenty W Magazynie Wspomnień”, czy „Transplantacja biosu”. To dołujące psychodeliczne kawałki, raczej nie kojarzące się z dziecinną beztroską. Film tak samo jest zabawny i przypomina swego rodzaju „jackassy”, zabawę jako źródło kultury...Te rzeczy pasują idealnie z drugą częścią płyty i ją uzubełnieją bo nawiązanie do serii „poczytaj mi mamo” ma też taki sens, że te utwory z „jasnej strony”są oparte na samplach z bajek... Czemu jednak ani w filmie ani w książeczce nie ma akcentu mrocznego nie wiadomo.

Wróćmy jednak do pozytywów tego wydawnictwa, a mianowicie metafor. Jest to jedna z najmocniejszych stron płyty. Po kolei zatem: należy pochwalić L. U. C`a za jego metaforę przewrotności losu, którą jest Chuck Norris, z którym podmiot liryczny walczy w kawałku "O Tym Co Należy Sobie Mówić, Gdy Jest Ciężko" . Jest to przewrotna i zabawna personifikacja przeciwności i kłód losu jakie natrafiamy w życiu. Chuck jest swego rodzaju fatum które L. U. C tępi, i jak słyszymy to nie tylko fatum, ale też pokusy typu heroina (u mnie tylko natura /na heroine to bunt - fuj/ zarzywasz przegrywasz jak z Brisem smród / Wtedy dopada mnie jego [Chucka Norrisa - przyp. NE] but - srut -/ w takich chwilach mówię: Kiedy nie będzie lekko/stawiaj czoło inwazji..."])

Ponadto idea Chucka (czy jak chce autor płyty Czaka) jest kontynuowana dalej w kawałku "O półobrocie Czaka czyli o przyczynie pędu", w którym dowiadujemy się że przeciwności losu są tak naprawde tym co daje power do działania, gdybyśmy ich nie mieli nie musieli walczyć - byłaby stagnacja ("Przepraszam, że tak pędzę ale to półobrót Czaka zamienił moje serce na głowice Kasprzaka"). Dodam tylko, że utwory te pochodzą z jasnej części płyty :)

Najbardziej wyrazistym utworem na płycie jest "Co z tą Polską - Soviet Menel Kisiel" z gościnnym udziałem Fokusa i Rahima. Szacunek dla tego kawałka za ciekawą teorię dla L. U. C`a odnośnie piractwa płyt (znów super metafora). Otóż wg niego (i Rahima) kradzież i oszustwo mamy w genach, bo musieliśmy wkręcać Sovietów by przetrwać (zawsze walczyliśmy z systemem, czy to zabory czy PRL i rzeczywiście w większości z Sovietami właśnie czyli „Soviet mental kisiel”). Ponadto w mentalności mamy zakodowane, że lepiej mieć coś za darmo (każdy łasy na frikowe rarytasy). Problem ten jednak należy szerzej rozpatrzyć może niekoniecznie przy okazji tej recenzji, ale w jakimś innym artykule, można tylko zaznaczyć tu problem - po prostu coś takiego jak płyta Audio CD odchodzi do lamusa i to czas mp3... Swoją drogą zastanawiam się, czy L. U. C montuje swoje teledyski na legalnych programach do montażu czy koloryzacji które kosztują od 2000 do 10000 dolarów..? Więc jak to jest z tym piractwem ziomuś, co? ;)

Dobrze, jeśli chodzi o płytę audio CD (nie mówiąc o książeczce i filmie) wymieniłem same plusy jak do tej pory - czas więc na minusy (żeby nie zostać posądzonym o "product placement"), które zostawiłem na koniec, bo rzeczywiście jest ich niewiele i duża ilość zalet sprawia, że można na nie przymknąć oko. Przede wszystkim główny minus to kawałek "Remont - Na Arteriach Mego Życia" nie ze względu na jego treść i flow, tylko na fakt, że to odgrzewany kotlet, bo dokładnie ten sam kawałek słyszałem już wcześniej w teledysku, który bynajmniej nie promuje tej płyty (http://www.youtube.com/watch?v=OXb2ENif4u0&feature=related) Wiem, że pasuje do koncepcji, bo jest o remoncie życia (i znów teoria przejścia od ciemności do jasności – wraca, bo chodzi o to, że po remoncie życia nastaje jasność... coś o tym wiem... ech...), ale jednak z nową płytą słuchacze czekają na nowe rzeczy... Co jeszcze? Tym co drażni najbardziej to niektóre niezbyt wyszukane metafory L. U. C`a typu "mózgi (...) wyprane odwirowane(...) na kolorowych kapitalizmu sznurkach, jak majtki powywieszane" - początek zapowiada się super a potem wchodzi porównanie z majtkami. No sory, ale w tak poważnym kawałku to porównanie z majtkami drażni (czemu majtki?). Inny przykład to "Więc jak TVN, codzień beztrosko ciska nam w oczy kałem". Porównania z gównem nie brzmią fajnie po prostu. Poza tym do płyty pełnej zagadek i takiej której nie można określić mianem realistycznej takie naturalistyczne i prymitywne porównanie nie pasuje. Albo jest to zabawa słowem, jak u poetów dadaistycznych, albo rap z ulicy, konsekwecja w sztuce powinna być najważniejsza (jeśli płyta byłaby uliczna albo imprezowa nic nie miałbym do takich porównań). Drażni też "żart Strasburgera", który pojawia się przynajmniej w trzech utworach a w jednym jako metafora popkultury. Każdy zna ten zwrot choćby z programów Majewskiego, który twórczo to przekształcił na "żenujący żart prowadzącego" i wszyscy i tak więdzą że o Strasburgera chodzi, więc mało oryginalne i denerwujące. Pani Ula Dudziak też mam wrażenie pojawia się jakoś na siłę (wydaję mi się, że L. U. C chciał zaznaczyć swoją filozofię produkcji utworów gdzie wokal jest integralną częścią podkładu muzycznego a czasem nawet go zastępuję, jednak wprowadzenie Pani Uli jest nieco żałosne: "Zaufaj mi życie to bajka jeśli zamarzysz zagra ci nawet pani Ula Dudziak". Można było lepiej tą postać wykorzystac...). Noi ostatnie do czego mogę się przyczepić to zła wymowa angielskich słów przez L. U. C - "Happy happy End and up happy hands". Rozumiem, że to gra słów w rymach z "happy" i "up", jednak słowo "happy" czyta się "hepy" a nie "hapy"... ale to już rzeczywiście "czepianie się, więc zakończmy.

Reasumując o ile poprzednie płyty L. U. C`a można nazwać "futurystycznymi" (mówię o futuryzmie jako prądzie w sztuce z lat 20-tych) o tyle tą spokojnie zostając w tamtych czasach można nazwać "dadaistyczną" autobiografią (zabawa słowem, metafory - wypisz wymaluj sztuka rymów niczym "manifest dadaistów" – mówimy o części drugiej płyty), bo to dadaiści uwazali, że tworząc powinniśmy być dziećmi, a autor powyższej płyty kilka razy nas informuje, że "pozostaje dzieckiem" (może oprócz pierwszej części płyty, która "lekka łatwa i przyjemna jak dziecięca zabawa" nie jest, ale pod koniec owszem).

P. S. Ile ja tobie tyle ty jemu temu co mi to odda / energia jak bumerang wyrzucony z okna / Ile ja tobie tyle ty jemu temu co mi to odda / dziś ja naleje sobie jutro sam wypije do dna... /TAK TRZYMAC :) Elo.

28 października 2008

Wkrótce


Antologia komiksu o bogini Nemezis

UWAGA! Termin wydania antologii uległ przesunięciu na STYCZEŃ 2009. Spowodowane jest to koniecznością zadbania o dobrą promocję oraz dystrybucję tego komiksu, niestety media, z którymi rozmawiamy, co chwila przesuwają decyzję odnośnie patronatu medialnego tego projektu. Nadmienie, ze plakaty tej antologii znalazly sie na Festiwalu Komiksu w Lodzi, byl to pierwszy etap promocji, teraz planujemy realizacje teledysku promujacego komiks (emitowanego w stacjach muzycznych). Prosimy uzbroic sie w cierpliwosc.

Szczegóły publikacji: http://wydawnictwoaudiowizualne.pl/

27 października 2008

Początek końca

I.

Konflikt w Gruzji...
Zimna wojna "odgrzewana" na nowo...
Kryzys finansowy... Krachy na giełdach... (kiedyś przyczyną wojny przecież...)
Zmiany klimatyczne...
Co jeszcze?
Może przepowiednie mówiące o magicznej dacie 2012 się sprawdzą? I nie będzie Euro w Polsce, nie będzie Euro nigdzie, co najwyżej Fallout wszędzie. Od pewnego czasu mam wrażenie, że żyjemy w czasach początku końca... Ale znamy już historię daty 2000, gdzie wszyscy również w panikę popadli, że komputery zwariują, więc spoko, pewnie tak samo będzie i z tą datą. Ale ale... niekoniecznie... bo jeśli w USA wygra McCain a nie Obama (wbrew sądażom) moja intuicja mnie nie zawiedzie (a coś mi mówi, że tak będzie), bo ten ziomuś nienawidzi Rosjan i bum Czernobyl wszędzie. Nie ma to jak rozruszanie gospodarki wojenką... Jeśli w tym się mylę to intuicja o końcu świata też mnie zawiedzie. Może nie 2012, ale wkrótce. Coś wisi w powietrzu. Takie mam wrażenie. Niestety.
A może po prostu mam paranoje jak zwykle? Uff. Tym się pocieszam... :) Póki co...

II.

Minął rok od powstania tego bloga. Dużo się zmieniło w moim życiu i przestałem mieć czas na prowadzenie drugiego życia. Przestałem mieć czas na Nemezisa i "jego misję", a co za tym idzie na ten blog. Teraz tożsamość jawna ma swoje 5 minut (Ci którzy mnie znają wiedzą o czym mówię - ech jest pięknie, mój czas nastał :)
Nemezis zatem zawiesza swoją działalność (jak pewnie już zauważyliście zawiesił od jakiegoś czasu, bo mało tu piszę, ale to przemyślane działanie). Niniejszym informuję, że to początek końca. Blog ten z założenia miał przedstawiać rok czasu z życia tej wymyślonej przeze mnie postaci w masce... A potem miał zniknąć... A zatem...
Pojawi się tu jeszcze kilka informacyjnych wpisów (odnośnie antologii komiksu i teledysku z nią związanego i kilka innych o działaniach twórczych mojej osoby), jednak później wszystkie wpisy znikną, bo niniejszym zapowiadam - początek końca tego bloga... Ale nie martwcie się, nie triumfujcie przedwcześnie, nie tęsknijcie za mocno, bo przecież każdy koniec ma swój początek... Elo.