5 lutego 2009

Rzeczy mają dusze?

Podobno Indianie wierzyli, że przedmioty mają duszę. Podobno przedmiot może być opętany...

Nie macie czasem wrażenia, że rzeczy do Was przemawiają? Ja ostatnio miałem.

Silesia City Center, Katowice, 30 grudnia 2008 godz. 12

Parkuje samochód przed centrum handlowym. Wyjechałem ze swojego miasta o 9 rano i przyjechałem do Katowic na 12 na spotkanie ze znajomym, który wyjeżdzał na dlużej za granicę, a musieliśmy pogadac.
Pogadaliśmy.
Wracam do auta.
Jestem zmęczony, dzień wcześniej imprezowaliśmy ze znajomymi w łodzkich klubach. Do 4 rano, a wstałem o 8. Masakraaaa – myślę sobie i końcówka tego słowa, a konkretnie samogłoski „a” przechodzą w ziewanie. Jestem cholernie głodny. Nie jadłem śniadania, w pośpiechu wychodząc z domu.
Wsiadam do auta. Postanawiam, że pojadę do akademika, wynajmę pokój zjem coś i prześpię się by nie wracac tak bardzo zmęczony.
Przekręcam kluczyk.
Samochód nie chce odpalic. Próbuje kilka razy. Dupa. Nic z tego.
Co teraz?
Trzeba coś zjeśc, potem się pomyśli.
Idę z powrotem do Silesi, jem obiad w Sfinksie. Wracam do auta. Postanawiam – jeśli odpali nie jadę do akademika, bo przecież może już drugi raz nie odpalic, a jutro Sylwester.
Muszę jechac prosto do Łodzi, nie zatrzymywac się nigdzie nie gasic silnika.
Z takim postanowieniem wsiadam do auta. Wkładam kluczyki.
Samochód odpala bez problemu za pierwszym razem.
Dojeżdżam do Łodzi.
Samochód chciał wracać do swoich ziomali – innych aut na parkingu przed moim blokiem.


Łódź-Radogoszcz, Stacja Benzynowa SHELL godz.6.00 rano, 6 stycznia 2009 r., temp. –13 stopni Celcjusza poniżej zera.

Zabieram kolegę, który ma jechac na samolot z Pyrzowic do Wielkiej Brytanii, bo akurat sam muszę jechac na Śląsk. Kolega wsiada do auta a ja je tankuję.
Do pełna.
Wsiadam. Chcę odjeżdżac. Nagle patrzę - drzwi od strony kierowcy nie chcą się zamknąć. Z kolegą próbujemy to naprawić, ale nie udaje się.
Jest potworny mróz.
Musimy jechać, ale jak? Z otwartymi drzwiami? Bilet na samolot by przepadł. Musimy.
Dzwonię do innego kolegi, budzę go i mówię, żeby wziął sznurek.
Jedziemy z otwartymi drzwiami do kolegi. Ten wynosi kabel od USB. Związujemy drzwi i jedziemy z na-wpół otwartymi.

Autostrada, godz.7.00 rano, 6 stycznia 2009 r., temp. –18 stopni Celcjusza poniżej zera.

Pędizmy. 120 km/h na autostradzie. Piździ. To oczywiste, że piździ bo przecież ogrzewanie nie pomaga bo otwarte drzwi, a za nimi mróz jak skurwysyn.
Jakiś samochód trąbi na nas. A my: - Wiemy, wiemy! Otwarte drzwi mamy – zlewka i jedziemy dalej...
W pewnym momencie prędkość zaczyna spadać mimo, że wciskam pedał gazu. Samochód sam zwalnia. Wciskam gaz mocniej, nic.
Chyba muszę zjechać na pobocze. – mówię i robię to. Samochód zatrzymuje się, ja dodaje gazu. Auto jednak mnie nie słucha. Coś śmierdzi potwornie. Stoimy na poboczu. Kolega który za półtorej godziny ma samolot o dziwo spokojny, mimo, że dopiero jesteśmy pod Częstochową. Wysiadamy, ja muszę od strony pasażera bo swoje drzwi mam związane i chcę zachować tą konstrukcję, myśląc, że pojedziemy dalej. Otwieram maskę, pod maską śmierdzi potwornie.

Nagle za nami zatrzymuje się samochód osobowy. Wysiada starszy pan. Też otwiera maskę.
- Panu też się coś popsuło. – stwierdza kolega.
Pan jednak w przeciwieństwie do nas wie co się popsuło, bo naprawia i po chwili wsiada i zaczyna odjeżdżac.
- Jacek! – krzyczę – Zatrzymaj go, może cię podrzuci! – mówię to bo jestem przekonany, że ja nie dam rady już tego uczynic.
Jacek robi to co powiedziałem.
Po chwili zabiera swoje rzeczy.
- Podrzuci mnie do Częstochowy, a potem coś może złapię – stwierdza Jacek.
- Ok., to daj znac czy zdążyłeś – mówię.
Jacek z bagażem opuszcza nas.
Odjeżdżają.
Zostaję z kolegą od kabla USB.
Kolega trzęsie się z zimna. Chudy jest dlatego, mnie wcale ale to wcale nie jest zimno. Zimno mi nie w głowie. W głowie tylko pytanie: - Co teraz?
Nie wiem gdzie jestem. Auto nie działa, czyli generalnie lipa. Albo usiąśc i płakac, albo...
Mam GPS! – przypomina mi się.
Chcę go włączyc i dzwonic po pomoc drogową, gdy nagle na horyzoncie pojawia się rzeczona pomoc drogowa. Problem z głowy – oddychamy z ulgą.
Machamy rękami.
Pomoc drogowa zatrzymuje się.
Wysiada Pan z wąsem.
Błagamy, żeby nas gdzieś podrzucił do jakiegoś warsztatu. Pan mówi, że niedaleko jest warsztat (HURRA!) ale że nie wie czy nas podrzuci bo ma problem z zapaleniem swojego auta (ŁEEE!). Nie dowierzamy mu jednak uradowani, że mamy pomoc.
Pan jednak nie rzucał słów na wiatr. Wsiadamy do samochodu pomocy drogowej, a on nie chce odpalic. Absurd.
Pan zagląda pod maskę swego auta, my siedzimy w środku. On coś tam naprawia. Widzimy przed sobą napis na otwartej masce: POMOCA DROGOWA i gościa, który grzebie pod tą maską. Absurd do n-tej potęgi. Popsuta pomoc drogowa. Heh.
Nagle patrzę w lusterku a drzwi mojego auta są otwarte. A tam TIR na horyzoncie. Biegnę. Zamykam drzwi. TIR przejeżdża. Uff... Kabel USB się rozwiązał... Byłoby po drzwiach. Zawiązuje pętle. Tym razem się nie otworzą. Wracam do pomocy drogowej, a tam cały czas walka z odpaleniem.
Nie udaję się. Pomoc drogowa sama potrzebuje pomocy drogowej. Gośc dzwoni. Po jakimś czasie przyjeżdża jego szef.
- Ja cię pociągnę a ty spróbuj odpalic – mówi.
Podwiązuje pomoc drogową i jechana. Pomoc drogowa ciągnie pomoc drogową. My w środku, a mój samochód niknie w lusterku. Niestety nie udaje mu się odpalic. Absurd pogłębia się. Zatrzymują się.
- Panowie, bo ja zostawiłem tam samochód – mówię.
- Dobra wracamy. Pociągnę pana, a potem wrócę tu po kolegę. – mówi szef.
- To może najpierw odstawi pan kolegę – próbuję być miły.
- Nie, niech tu marznie to jego wina, że popsuł filtr zamiast naprawic – szef jest bezlitosny.
- Wracamy. Pakujemy mój samochód na pomoc.

Dojeżdżamy do najbliższego zakładu naprawczego.
Jacek dzwoni, że bez problemu zdążył na samolot.
Moje auto naprawiają auto w bagatela 6 godzin. Dają nową częśc, bo tamta się spaliła... Samochód jest jak nowy.
Happy End? Prawie...

Dojeżdzamy do Katowic, bogatsi o nowe doświadczenie i nadmiar absurdu. Bogatsi także potwierdzenie mojej tezy, że to auto rzeczywiście chyba ma duszę. Przecież nie domykały się drzwi – samochód jakby sam ostrzegł nas, żeby nie jechac – nie pozwalając domknąc się drzwiom. Jakby mówił: - Żaden kretyn nie pojedzie z otwartymi drzwiami!
Zdziwił się, że jednak pojechaliśmy i zepsuł po drodze stwierdzając – Przecież was ostrzegłem, idioci!

Wieczorem, gdy idziemy do koleżanki, która ma nas przenocowac patrzę na swoje auto i myślę sobie, że coś tu się nie zgadza w mojej teorii. Bo przecież gdyby miał duszę to by chciał jechac, wiedząc że dostanie nową częśc. Powinien się cieszyc i chcieć byśmy jechali. Patrzę na niego i myślę:
- Co ty knujesz?

7 stycznia 2009 r.

Nazajutrz w drodze powrotnej do Łodzi wpadam w poślizg, tracę panowanie nad kierownicą, myślę, że zginę i rozbijam auto uderzając w barierkę na drodze szybkiego ruchu. Nie ginę - wychodzę bez szwanku, czego nie można powiedzieć o aucie, które jest kompletnie skasowane. Przewidziało swoją śmierć. Taka prawda. Miało duszę.

20 grudnia 2008

PLANETA METAFOR

Recenzja płyty PLANET L. U. C.



L. U. C czyli Eluce znany z projektów takich jak Kanał Audytywny, czy solowe płyty uraczył nas najnowszym wydawnictwem. Jest to wydawnictwo multimedialne jednak w niniejszej recezji chciałbym się skupić głównie na jednym jego elemencie czyli płycie. Uważam, że jest najważniejszy, a film i książka to tylko dodatek (no bo jak traktować książkę, w której połowa to teksty piosenek...). Oprócz tego, że jest to nietypowo wydana płyta (razem z filmem, a raczej jak wieści napis na płycie fragmentem filmu i książką, a raczej książeczką) posiada ważną różnicę w stosunku do pozostałych Planeta L. U. C. mianowicie jest płytą najbardziej autobiograficzną. Czemu? Otóż dowiadujemy się, że prawdopodobnie L. U. C ukończył wyższe studia („Tu się kręci, pędzi a ja siedzę / pozostaje dzieckiem mimo że mam magistra wiedzę” O karuzel życia i puszystym sosie szusów) i można mniemać, że to wiedza prawnicza ("Miałem byc mecenasem sobą pozostałem" Happy End And Up Happy Hands – choć akurat to sugeruje, że nie skończył studiów). Możemy też przypuszczać, że miał ciężkie przejścia w Azji (pozornie tekst "Kiedy nie będzie lekko / stawiaj czoło inwazji / powiedz nie takie piekło pokonaliśmy w Azji / Kiedy nie będzie lekko / stawiaj czoło inwazji / powiedz nie takie piekło L. U. C pokonał w Azji" w kawałku "O Tym Co Należy Sobie Mówić, Gdy Jest Ciężko" wydaję się bez sensu, bo przecież czemu mamy sobie mówić że pokonaliśmy piekło w Azji, skoro wcale nie pokonaliśmy, chyba, że przyjąć że to autobiograficzne przeżycie i L. U. C. rzeczywiście przeżył piekło w Azji, gdzie przecież każdy może pojechać mając troszkę hajsu).

Ponadto L. U. C. przedstawia nam (jak zwykle barwnie) swoją wizję rzeczywistości, udziela rad, oraz zwierza się (jak zwierze) w barwny sposób że ma problemy (jak każdy) nad podejmowaniem decyzji (zapętlone kilka razy wyplute jak karabin maszynowy do mikrofonu słowo "wybory wybory wyobory..." w kawałku "O półobrocie Czaka", czy też psychodeliczna końcówka kawałka "Sen Tymenty W Magazynie Wspomnień" o tym, że stoi sam na chorym rozwidleniu swoich jaźni, by skończyc wyciem "nieznośnych wyborów i spraw" przechodząc tym krzykiem do utworu "Transplantacja biosu", gdzie tekst "Rozdwojone paranoje" powtarza się na niezwykle szybkim bicie... To wszystko sprawia, że niemal widzimy chaos w głowie człowieka, który musi podjąć decyzję i nie może jej cofnąć mimo że by chciał - pozostaje mu tylko wspominać, ale nie wróci do przeszłości by podjąć inną decyzję - jak w kawałku "Sen Tymenty W Magazynie Wspomnień"... Innym słowy nie mamy przycisku "undo" w sobie, wybór nie zostanie cofnięty - to mój zwrot copyrights itd. ;)

Jak widać na powyższym przykładzie płyta PLANETA L. U. C. jak większość wydawnictw tego artysty jest bardzo spójna i nie da się słuchać osobno poszczególnych utworów by zrozumieć jej sens (czego brakuje w polskim hh, gdzie większość płyt oprócz wyjątków to zbiór kawałków niepowiązanych ze sobą w żaden sposób).

Mówiąc o spójności płyty trochę się zawahałem, bo nie do końca tak jest. Wg mnie płyta dzieli się na dwie części: mroczną o ciężkim klimacie i jasną o niezwykle pozytywnym przekazie (co swoją drogą jest też nowością w twórczości tego twórcy nie licząc może płyty "Haelucenogenoklektyzm", choć też bardziej mroczna od tej). Jednak obie te części są bardzo spójne, jeśli je traktować osobno. Jednak fakt, że zostały umieszczone na jednej płycie może powodować, że płyta momentami jest nierówna. Tak pomyślałem po pierwszym przesłuchaniu, ale potem przypomniałem o swoim dawnym pomyśle jeszcze za czasów kaset magnetofonowych - mianowicie aby nagrać kasetę, której jedna strona byłaby jasna a druga ciemna i zacząłem się zastanawiać, czy w przypadku PLANETY L. U. C. zmieszanie mroku z jasnością nie jest celowe. Bo tą płytę można opisać w taki oto metaforyczny sposób: gdy zaczyna się jej słuchać jest ponura noc, która gdy mijają kolejne utwory stopniowo zbliża się ku wschodzie słońca, by w jej końcówce zaświeciło słońce w swej pełnej okazałości. I jak się nad tym zastanowić to tytuł płyty PLANETA może to sugerować, bo przecież na planetach raz świeci słońce a raz nie - jak w życiu. Ta metafora ma o tyle ma sens, że L. U. C mówił w jednym z wywiadów (TV4), że nagrywał ją gdy wychodził z trudnego okresu w życiu (czyt. depresji), czyli od mroku do słońca. Amen.

I tutaj mały zgrzyt. Teoria L. U. C`a o jedności sztuk niestety upada, bo podział płyty na dwie części mroczną i jasną nie koresponduje z pozostałymi dodatkami do płyty audio. Okładka płyty z napisem „poczytaj mi Lucu”, nawiązuje do serii książeczek dla dzieci „poczytaj mi mamo”, podobnie jak treść książki (oprócz tekstów piosenek) – są to stylizowane na dziecinny absurd teksty mocno halucynogenne, napisane zapewne po ostrym jaraniu. Obecny w nich absurd i ironia, oraz „zielony” humor odnoszą się tylko do części wesołej płyty, nijak nie zgadzając się z kawałkami takimi jak „Ścieżka, której nie wciąga się nosem”, „Sen Tymenty W Magazynie Wspomnień”, czy „Transplantacja biosu”. To dołujące psychodeliczne kawałki, raczej nie kojarzące się z dziecinną beztroską. Film tak samo jest zabawny i przypomina swego rodzaju „jackassy”, zabawę jako źródło kultury...Te rzeczy pasują idealnie z drugą częścią płyty i ją uzubełnieją bo nawiązanie do serii „poczytaj mi mamo” ma też taki sens, że te utwory z „jasnej strony”są oparte na samplach z bajek... Czemu jednak ani w filmie ani w książeczce nie ma akcentu mrocznego nie wiadomo.

Wróćmy jednak do pozytywów tego wydawnictwa, a mianowicie metafor. Jest to jedna z najmocniejszych stron płyty. Po kolei zatem: należy pochwalić L. U. C`a za jego metaforę przewrotności losu, którą jest Chuck Norris, z którym podmiot liryczny walczy w kawałku "O Tym Co Należy Sobie Mówić, Gdy Jest Ciężko" . Jest to przewrotna i zabawna personifikacja przeciwności i kłód losu jakie natrafiamy w życiu. Chuck jest swego rodzaju fatum które L. U. C tępi, i jak słyszymy to nie tylko fatum, ale też pokusy typu heroina (u mnie tylko natura /na heroine to bunt - fuj/ zarzywasz przegrywasz jak z Brisem smród / Wtedy dopada mnie jego [Chucka Norrisa - przyp. NE] but - srut -/ w takich chwilach mówię: Kiedy nie będzie lekko/stawiaj czoło inwazji..."])

Ponadto idea Chucka (czy jak chce autor płyty Czaka) jest kontynuowana dalej w kawałku "O półobrocie Czaka czyli o przyczynie pędu", w którym dowiadujemy się że przeciwności losu są tak naprawde tym co daje power do działania, gdybyśmy ich nie mieli nie musieli walczyć - byłaby stagnacja ("Przepraszam, że tak pędzę ale to półobrót Czaka zamienił moje serce na głowice Kasprzaka"). Dodam tylko, że utwory te pochodzą z jasnej części płyty :)

Najbardziej wyrazistym utworem na płycie jest "Co z tą Polską - Soviet Menel Kisiel" z gościnnym udziałem Fokusa i Rahima. Szacunek dla tego kawałka za ciekawą teorię dla L. U. C`a odnośnie piractwa płyt (znów super metafora). Otóż wg niego (i Rahima) kradzież i oszustwo mamy w genach, bo musieliśmy wkręcać Sovietów by przetrwać (zawsze walczyliśmy z systemem, czy to zabory czy PRL i rzeczywiście w większości z Sovietami właśnie czyli „Soviet mental kisiel”). Ponadto w mentalności mamy zakodowane, że lepiej mieć coś za darmo (każdy łasy na frikowe rarytasy). Problem ten jednak należy szerzej rozpatrzyć może niekoniecznie przy okazji tej recenzji, ale w jakimś innym artykule, można tylko zaznaczyć tu problem - po prostu coś takiego jak płyta Audio CD odchodzi do lamusa i to czas mp3... Swoją drogą zastanawiam się, czy L. U. C montuje swoje teledyski na legalnych programach do montażu czy koloryzacji które kosztują od 2000 do 10000 dolarów..? Więc jak to jest z tym piractwem ziomuś, co? ;)

Dobrze, jeśli chodzi o płytę audio CD (nie mówiąc o książeczce i filmie) wymieniłem same plusy jak do tej pory - czas więc na minusy (żeby nie zostać posądzonym o "product placement"), które zostawiłem na koniec, bo rzeczywiście jest ich niewiele i duża ilość zalet sprawia, że można na nie przymknąć oko. Przede wszystkim główny minus to kawałek "Remont - Na Arteriach Mego Życia" nie ze względu na jego treść i flow, tylko na fakt, że to odgrzewany kotlet, bo dokładnie ten sam kawałek słyszałem już wcześniej w teledysku, który bynajmniej nie promuje tej płyty (http://www.youtube.com/watch?v=OXb2ENif4u0&feature=related) Wiem, że pasuje do koncepcji, bo jest o remoncie życia (i znów teoria przejścia od ciemności do jasności – wraca, bo chodzi o to, że po remoncie życia nastaje jasność... coś o tym wiem... ech...), ale jednak z nową płytą słuchacze czekają na nowe rzeczy... Co jeszcze? Tym co drażni najbardziej to niektóre niezbyt wyszukane metafory L. U. C`a typu "mózgi (...) wyprane odwirowane(...) na kolorowych kapitalizmu sznurkach, jak majtki powywieszane" - początek zapowiada się super a potem wchodzi porównanie z majtkami. No sory, ale w tak poważnym kawałku to porównanie z majtkami drażni (czemu majtki?). Inny przykład to "Więc jak TVN, codzień beztrosko ciska nam w oczy kałem". Porównania z gównem nie brzmią fajnie po prostu. Poza tym do płyty pełnej zagadek i takiej której nie można określić mianem realistycznej takie naturalistyczne i prymitywne porównanie nie pasuje. Albo jest to zabawa słowem, jak u poetów dadaistycznych, albo rap z ulicy, konsekwecja w sztuce powinna być najważniejsza (jeśli płyta byłaby uliczna albo imprezowa nic nie miałbym do takich porównań). Drażni też "żart Strasburgera", który pojawia się przynajmniej w trzech utworach a w jednym jako metafora popkultury. Każdy zna ten zwrot choćby z programów Majewskiego, który twórczo to przekształcił na "żenujący żart prowadzącego" i wszyscy i tak więdzą że o Strasburgera chodzi, więc mało oryginalne i denerwujące. Pani Ula Dudziak też mam wrażenie pojawia się jakoś na siłę (wydaję mi się, że L. U. C chciał zaznaczyć swoją filozofię produkcji utworów gdzie wokal jest integralną częścią podkładu muzycznego a czasem nawet go zastępuję, jednak wprowadzenie Pani Uli jest nieco żałosne: "Zaufaj mi życie to bajka jeśli zamarzysz zagra ci nawet pani Ula Dudziak". Można było lepiej tą postać wykorzystac...). Noi ostatnie do czego mogę się przyczepić to zła wymowa angielskich słów przez L. U. C - "Happy happy End and up happy hands". Rozumiem, że to gra słów w rymach z "happy" i "up", jednak słowo "happy" czyta się "hepy" a nie "hapy"... ale to już rzeczywiście "czepianie się, więc zakończmy.

Reasumując o ile poprzednie płyty L. U. C`a można nazwać "futurystycznymi" (mówię o futuryzmie jako prądzie w sztuce z lat 20-tych) o tyle tą spokojnie zostając w tamtych czasach można nazwać "dadaistyczną" autobiografią (zabawa słowem, metafory - wypisz wymaluj sztuka rymów niczym "manifest dadaistów" – mówimy o części drugiej płyty), bo to dadaiści uwazali, że tworząc powinniśmy być dziećmi, a autor powyższej płyty kilka razy nas informuje, że "pozostaje dzieckiem" (może oprócz pierwszej części płyty, która "lekka łatwa i przyjemna jak dziecięca zabawa" nie jest, ale pod koniec owszem).

P. S. Ile ja tobie tyle ty jemu temu co mi to odda / energia jak bumerang wyrzucony z okna / Ile ja tobie tyle ty jemu temu co mi to odda / dziś ja naleje sobie jutro sam wypije do dna... /TAK TRZYMAC :) Elo.

28 października 2008

Wkrótce


Antologia komiksu o bogini Nemezis

UWAGA! Termin wydania antologii uległ przesunięciu na STYCZEŃ 2009. Spowodowane jest to koniecznością zadbania o dobrą promocję oraz dystrybucję tego komiksu, niestety media, z którymi rozmawiamy, co chwila przesuwają decyzję odnośnie patronatu medialnego tego projektu. Nadmienie, ze plakaty tej antologii znalazly sie na Festiwalu Komiksu w Lodzi, byl to pierwszy etap promocji, teraz planujemy realizacje teledysku promujacego komiks (emitowanego w stacjach muzycznych). Prosimy uzbroic sie w cierpliwosc.

Szczegóły publikacji: http://wydawnictwoaudiowizualne.pl/

27 października 2008

Początek końca

I.

Konflikt w Gruzji...
Zimna wojna "odgrzewana" na nowo...
Kryzys finansowy... Krachy na giełdach... (kiedyś przyczyną wojny przecież...)
Zmiany klimatyczne...
Co jeszcze?
Może przepowiednie mówiące o magicznej dacie 2012 się sprawdzą? I nie będzie Euro w Polsce, nie będzie Euro nigdzie, co najwyżej Fallout wszędzie. Od pewnego czasu mam wrażenie, że żyjemy w czasach początku końca... Ale znamy już historię daty 2000, gdzie wszyscy również w panikę popadli, że komputery zwariują, więc spoko, pewnie tak samo będzie i z tą datą. Ale ale... niekoniecznie... bo jeśli w USA wygra McCain a nie Obama (wbrew sądażom) moja intuicja mnie nie zawiedzie (a coś mi mówi, że tak będzie), bo ten ziomuś nienawidzi Rosjan i bum Czernobyl wszędzie. Nie ma to jak rozruszanie gospodarki wojenką... Jeśli w tym się mylę to intuicja o końcu świata też mnie zawiedzie. Może nie 2012, ale wkrótce. Coś wisi w powietrzu. Takie mam wrażenie. Niestety.
A może po prostu mam paranoje jak zwykle? Uff. Tym się pocieszam... :) Póki co...

II.

Minął rok od powstania tego bloga. Dużo się zmieniło w moim życiu i przestałem mieć czas na prowadzenie drugiego życia. Przestałem mieć czas na Nemezisa i "jego misję", a co za tym idzie na ten blog. Teraz tożsamość jawna ma swoje 5 minut (Ci którzy mnie znają wiedzą o czym mówię - ech jest pięknie, mój czas nastał :)
Nemezis zatem zawiesza swoją działalność (jak pewnie już zauważyliście zawiesił od jakiegoś czasu, bo mało tu piszę, ale to przemyślane działanie). Niniejszym informuję, że to początek końca. Blog ten z założenia miał przedstawiać rok czasu z życia tej wymyślonej przeze mnie postaci w masce... A potem miał zniknąć... A zatem...
Pojawi się tu jeszcze kilka informacyjnych wpisów (odnośnie antologii komiksu i teledysku z nią związanego i kilka innych o działaniach twórczych mojej osoby), jednak później wszystkie wpisy znikną, bo niniejszym zapowiadam - początek końca tego bloga... Ale nie martwcie się, nie triumfujcie przedwcześnie, nie tęsknijcie za mocno, bo przecież każdy koniec ma swój początek... Elo.

2 września 2008

Antybohater

- Pomóżcie, ludzie...napadli mnie!
Słyszeliście to kiedyś?
Bo ja wczoraj. To jest Eudezet nie Hollyłódź, taka prawda...
Dwóch naćpanych ziomali napierdalało jednego kolesia.
Nie pomogłem. W myśl zasady "nic nie wiem nie widziałem z boku stałem". I co z tego że chciałem? Szans nie miałem. Tamci ewidentnie byli naprochowani... było ich dwóch (ech, chyba się tłumaczę)
- Pomóżcie, zaraz przyjedzie policja! - mówi kolo na ziemi i po chwili dostaje z buta w ryj...
Jak on zdążył ich wezwać? Obok stoi 50-letni facet z wąsami i też tylko patrzy, też nie reaguje. Bity koleś ewidentnie krzyczy do mnie i tego kolesia, bo wokół nie ma oprócz nas żywej duszy...
Jak przyjedzie policja to tym bardziej lepiej odpuścić. Jeszcze ciebie pomyłkowo aresztują. Poza tym jeśli ci kolesie, co biją są z twojej ośki (a było to wielce prawdopodobne), to lepiej nie mieć u nich przejebane. Pomożesz, a potem cię znajdą.
Cóż, znów się tłumaczę. Tchórzliwa wymówka.
Czuję się podle. Następnym razem ja będę napierdalany i też mi nikt nie pomoże.
Nie jestem Nemezis. Nikt nie jest.
A może fajnie by było założyć maskę na ryj i do akcji, jak w komiksach... Nemezis. Superbohater posiadający ego tej bogini. Mroczny rycerz... Fikcja. Rzeczywistość to nie je bajka. Może następnym razem...
Gówno. Dół. Tchórzostwo. Tak się czuje. Chociaż prawda jest taka, że jakby robili coś jakiejś lasce to bym nie odpuścił, ale koleś powinien sobie dać radę. Takie prawo dżungli. Prawo samców. Tym bardziej, że napierdalany ziom przeważył szalę mojego zawachania mówiąc:
- Bij tamtego! Nie mnie! Zobacz! - wycharczał wskazując na wąsacza.
Zdecydowałem. Odpuszczam. Koleś nasyłał ich w moją i wąsacza stronę, w akcie desperacji. Przestał prosić. Poszedłem do domu...

Policja podjechała - widziałem z balkonu. Zatrzymali oczywiście nie tych co trzeba... Może lepiej było pomóc?
A Wy? Pomoglibyście? Wam ktoś kiedyś pomógł?
Polski naród to bohaterowie, czy anty?
To chyba pytanie retoryczne, choć chciałbym się mylić.
Pozdro.

6 sierpnia 2008

Generacja "Piotrusia Pana"

Część z Was zna pewnie tekst Kuby Wandachowicza z CKOD pt. "Generacja nic" (http://www.ckod.com.pl/wywiad007.htm)

Zastanawiając się nad tym tekstem, oraz obserwując moich znajomych mogę śmiało stwierdzić, że częściowo również należę do tej generacji. Częściowo, gdyż moje pokolenie (ur. 1982) charakteryzuje się jeszcze inną właściwością - mianowicie infantylnością, nierozwinięciem emocjonalnym i niemożnością oderwania się od pępowiny rodziców. Innymi słowy reprezentuje pokolenie dużych dzieci, które nie może dorosnąć.

Większość moich znajomych była rozpieszczana przez rodziców. Być może jest tak dlatego, że zostaliśmy spłodzeni w czasach stanu wojennego, a nic tak nie scala więzi między kobietą a mężczyzną jak życie w zagrożeniu. Nie mówiąc o tym, że nie było prądu, zatem jedyną rozrywkę jaką mieli to siebie nawzajem. Może zatem to skierowanie uczuć przez naszych rodziców na siebie przez fakt stanu wojenny spowodowało, że dzieci spłodzone w tych czasach stały się ich "oczkiem w głowie".

Nadmierna opiekuńczość i przywiązanie do potomka skutkuje tym, że nadal czujemy się dziećmi, bo tak jesteśmy traktowani przez rodziców. Do tego skłania pewnie także aspekt społeczno-polityczny, czyli fakt, że mieszkania są koszmarnie drogie i nie mamy możliwości wyprowadzenia się od rodziców do własnego lokum. Musimy mieszkać z nimi. No właśnie czy musimy? Może po prostu chcemy? Może więź ta jest tak mocna że nie tkwi tylko w fizycznym aspekcie niemożności posiadania swojego własnego mieszkanka tylko w psychicznej niechęci odcięcia się od bliskich. Psychicznej chęci pozostania dzieckiem. Może po prostu chcemy mieszkać z rodzicami, bo mieszkając z nimi nadal czujemy się dziećmi... a to piękne uczucie...

Jako przykład mogę podać fakt znajomych, którzy wyjechali do pracy do Anglii ale i tak ciągnie ich chęć powrotu. I mają zamiar wracać. Ale za czym tęsknią: za Polską? Nonsens. Tęsknią za byciem nadal dzieckiem. Za beztroską jaką mieli mieszkając w domu rodzinnym. Nie musieli pracować, żyć na własną rękę... Myślą, że praca za granicą to stan przejściowy, ba każda praca to stan przejściowy, a potem znów odpoczynek z mamusią i tatusiem... Bredzę? Cóż mogę rzec że sam doświadczyłem podobnej paranoi.

Wyprowadziłem się na studia do innego miasta. Mieszkałem tam sam, ale więź jaka mnie ciągnęła do rodzinnych stron była tak silna (patologicznie silna), że w końcu znów wylądowałem u rodziców, mimo iż żyłem 2 lata na własnym garnuszku. Ale miałem dość. Zawsze to życie na własnym garnuszku traktowałem jako stan przejściowy... Zawsze w głowie był powrót do rodziców... Chore wiem, ale mam wrażenie, że wiele osób z mojego pokolenia myśli podobnie... A przecież tak nie powinno być. Przecież życie samemu, czy założenie własnej rodziny nie jest stanem przejściowym, nie ma później powrotu do rodziców i do beztroski dziecka (np fakt powrotu po latach, czy to z zagranicy, czy z innego miasta na osiedle na którym się wychowało nie jest tylko powrotem do sentymentu, ale próbą wskrzeszenia na nowo w sobie dziecka poprzez ten powrót). Odejście od domu rodzinnego, a tym bardziej rodziców to jest stan na zawsze. Będziesz sam, albo ze swoją partnerką i nie wrócisz do rodziców. Musisz stworzyć coś nowego, przestać być dzieckiem. No właśnie, może w nas tkwi ta patologia tak głęboko, że nawet w kwestiach związków znajduje potwierdzenie. Bo przecież większość moich znajomych nie trwa
dłużej w związku niż 2-3 lata, a i tak jest to sukces. Może nie chcemy związków, ślubów, zaangażowania, bo wiąże się to z faktem odpowiedzialności, a w naszej głowie nadal tkwi chęć bycia dzieckiem, niepodejmowania własnych decyzji, tylko beztroskiego życia.

Życie z partnerem, nie jest życiem z rodzicem. Tu wchodzą w grę wymagania, odpowiedzialność, a przecież lepiej jest jak ktoś za nas zrobi zakupy, wypierze, czy zapłaci rachunek. Stąd w związkach biorą się kłótnie. Bo zarówno kobieta jak i mężczyzna chce nadal być dzieckiem i relacje z partnerem przekłada na relacje z rodzicem. A jeśli partner się nie dostosuje, nie będzie
jak rodzic, nie pozwoli poczuć beztroski to nara, wracam do mamy/taty (niepotrzebne skreślić) i rozwód, płacz i zgrzytanie zębów, ale stłumione przez radość ponownego bycia dzieckiem (mamusia/tatuś pocieszy...;/

Mama/tata kocha bezwarunkowo, partner wymaga. Partner jest bee bo wymaga, nie zgadza się.
Chora sprawa, ale należe do takiego pokolenia. Stąd tak mało trwałych związków, stąd rozwody, - z niemożności wydoroślenia. Z niemożności usamodzielnienia, z chęci bycia dzieckiem.

Dziewczyna która nie miała ojca (miałem okazje poznać 3 takie przypadki) w swoich chłopakach szuka ojca. Często gęsto jeden jej nie wystarcza, musi mieć kilku partnerów bo każdy odpowiada za inny aspekt ojca: opiekuńczość, autorytet itd. Jeden jej nie da wszystkich cech ojca, więc ma ich wielu... W każdym z nich widzi jedną cząstkę ojca którego jej zabrakło... Ponadto chcąc mieć swoje własne dzieci szuka dla nich ojca który będzie miał wszystkie te cechy, jednak wie że nie znajdzie, bo jeden jej nie wystarczy. Udowodniono, że kobiety są w stanie kochać więcej niż jednego mężczyznę, mogą dzielić uczucia (patrz film "Marzyciele" Bertolucciego), faceci nie. Choć paradoksalnie przyjęło się że mają więcej partnerek, jednak w odstępie czasowym, gdyż wolą jedną rzucić by zająć się następną. Nie dzielą uczuć. Kobiety mogą mieć kilku partnerów naraz...

To skrajny przypadek, ale w normalnej sytuacji, gdy dziewczyna ma ojca też szuka w partnerze rodzica. To znany psychologiczny schemat, jednak w moim rozumieniu nieco inny. Wg mojej teorii kompleks Edypa i Elektry nie interpretuje w tym przypadku jako kompleksu w sferze seksualnej tylko kompleksu chęci traktowania przez partnera siebie jako dziecka. Czyli partner=rodzic.

Teza jaką tu stawiam jest prosta - nie możemy dorosnąć. I wszystkie powyższe przykłady to metody jakie stosujemy by zatrzymać w sobie "wewnętrzne dziecko": mieszkanie z rodzicami,
partner=rodzic, czy powrót do miejsc z dzieciństwa.

Kolejną metodą jest palenie trawki. To zioło właśnie wielu umożliwia zatrzymanie rozwoju emocjonalnego, pozostawienia w sobie dziecka. Dlatego wielu tak bardzo je lubi... Ci co chcą jakoś "dorosnąć", próbują je rzucić, jednak chęć pozostania w fazie dziecka jest tak duża że często im się nie udaje. Przyczyna tkwi w podświadomości zbiorowej pokolenia dużych dzieci a nie w uzależnieniu od THC... To nie przez THC stajemy się dużymi dziećmi, tylko THC umożliwia nam stanie się nimi, bo tego pragniemy...

Moją ulubioną bajką z dzieciństwa (zaraz po "He-man" i "Smurfach") był "Piotruś Pan". Sam wielokrotnie powtarzałem, za Piotrusiem Panem, że chce być dużym dzieckiem, że nigdy nie wydorośleję. Wolny zawód jaki wybrałem mi to umożliwia, jednak od jakiegoś czasu ten fakt zaczyna mnie mocno wkurwiać. Fakt bycia dużym dzieciakiem. Próbuje wydorośleć i nie mogę. I wiem, że wielu z Was również. I nic w tym nie byłoby złego, gdyby nie fakt, że kiedyś trzeba, choć niekoniecznie do końca, bo jednak warto pozostawić w sobie odrobinę uśmiechu dziecka, lecz o bezstrosce bycia dzieckiem warto zapomnieć, bo "to se ne wrati". Niestety. Pozdro.

30 czerwca 2008

Krwawy festyn

Poniżej mój teledysk promujacy płytę PROJEKT EUDEZET - W JEDNOŚCI SIŁA, która niebawem w sprzedaży [składanka łódzkich składów hiphopowych - szczegóły: http://www.wjednoscisila.prv.pl oraz http://www.hip-hop.pl/news/projector.php?id=1199269280 ]





Mirror 1: http://wptv.wp.pl/wid,10082988,teledyski.html?ticaid=1629e
Mirror 2: http://teledyski.onet.pl/0,3651114,teledyski.html


REŻYSERIA: NemezisEgo / ZDJĘCIA: Rafal Czekajewski, Pawel J. Rodan / MONTAŻ: NemezisEgo, Rafal Czekajewski / PRODUKCJA: NOIZZ INC, POKAZZ

W roli dziewczyny: Monika Buchowiec

Składankę będzie promować więcej teledysków, między innymi już gotowy klip SPINACHE do obejrzenia tu: http://wptv.wp.pl/teledyski.html?wid=10082995
Mój klip powstał niejako bonusowo po kosztach, ze względu na możliwość wykorzystania materiału archiwalnego z tamtych wydarzeń. Czekajcie na klipy innych obecnych na składance (tracklista tu: http://www.hip-hop.pl/news/projector.php?id=1199269280). Pozdro